W artykule z wczorajszej Rzeczpospolitej Czego chciałbym się dowiedzieć z teczek bezpieki warszawski historyk Marcin Kula rozmyśla o zawartości archiwów tajnej policji PRL. Seria jego pytań co było i jak było przywodzi mnie do oczywistej refleksji: mając tak wiele danych nigdy nie dowiemy się większości rzeczy. Potop nijakości. Trzeba by setek sprawnych, dobrze wykształconych i uczciwych historyków pracujących przez lata, by dokonać analizy a potem syntezy. Badania kosztują. Ubogie społeczeństwa nie płacą, by zaspokoić ciekawość, szczególnie, że z czasem zmniejszały się nienawiść i dystans w stosunku do policji politycznej jak w ogóle per saldo malała nienawiść do PZPR. Nie ma motywacji ekonomicznej, zanikła motywacja uczuciowa.
Więc jeśli on, profesor Uniwersytetu, ze sławnym nazwiskiem, z kontaktami i z dostępem do materiałów, może jedynie zasygnalizować: Chętnie dowiedziałbym się to co może uczynić normalny obywatel? Forrest Gump zasyła pozdrowienia.
Chyba tylko prosić: nie palcie. Nie wywalajcie na makulaturę. Przyjdą lepsze skanery, pojawi się fundusz na badania. To może potrwać, ale ważne, by zachować szansę na dostanie odpowiedzi. Dowiemy się kiedyś nie brzmi dobrze, ale nigdy się nie dowiemy brzmi tragicznie. I złowrogo. Kraj rozkochany w stawianiu pomników dla swej minionej świetności powinien znaleźć dobrą wolę i uczciwość dla zachowania pomnika swojej niczemności i niegodziwości.
Jedna z końcowych uwag prof.Kuli przypomniała mi rozmowę z lat 70-tych z pewnym studentem wrocławskiej zaocznej matematyki. Owa uwaga to westnienie ulgi, do którego wszyscy mogliśmy przyłączyć się: Niedobrze się robi na myśl, jak wyglądałby nasz los, gdyby komputery pojawiły się wcześniej. Już co najmniej drugi raz człowiek mógł być szczęśliwy, że wynalazek się opóźnił. Za pierwszym razem było to spóźnienie bomby atomowej. Co do bomby atomowej to podejrzewam, że i tak pojawiła się o wiele wieków za wcześnie, ale wyobrazić sobie skomputerowanego Jagodę, Berię czy Bermana to zaiste zły sen.
Ów student był milicjantem. Zazwyczaj był uprzejmy lecz małomówny. Był niezgorszym studentem, ale wiedział, że jako milicjant mógłby usłyszeć w naszym środowisku wiele rzeczy nieco niestrawnych dla niego i wolał nie otwierać flanki na ataki matematyków o niewyparzonych gębach. Ale pewnego dnia pojawił się widocznie znużony i zażenowany swoim opóźnieniem. Był dość rozmowny. Natychmiast wczułem się w jego stan gdy pewnego razu spędziłem dwie kolejne noce bez chwili snu, trzeciego dnia nie kontrolowałem mojego języka. File in, file out określiłbym to dzisiaj. W istocie, z niedospania był na granicy wytrzymałości. Podejrzewam, że utrzymywał się na powierzchni dzięki narkotykom, które u nich nazywano lekarstwami. Problem był z wampirem gdzieś spod Katowic czy Gliwic. Unikał śledzącej go milicji tak sprawnie, że zaczęto podejrzewać, że to ktoś z wewnątrz był sprawcą owej serii gwałtów i mordów. (Jeśli dobrze pamiętam, złapany w końcu sprawca był lekarzem sądowym.) Nie ufając górnośląskiej milicji ściągano zewsząd posiłki z Opola, z Wrocławia ale po nocnych wachtach ci ludzie wracali do normalnej pracy. Co się naspali w pociągu to było ich odpoczynkiem.
Posadziłem go w fotelu, podsunąłem szklankę z kawą i słuchałem. Wiele z tego zapamiętałem do dziś, ale teraz chcę odtworzyć co mówił o swoich studiach. Posłano go na matematykę, by poszedł po drugim roku na sekcję informatyczną. Konieczność skomputeryzowania zasobów ich informacji była oczywista i człowiek z bezradnością zwierzał się: no niech pan powie, co my możemy zrobić jeśli mamy rozsiane po Kraju 16 milionów fiszek bez jakiejkolwiek organizacji ich zawartości? Komputery były ich nadzieją.
Po rozmowie poczułem się znacznie lepiej, wiedziałem, że nigdy nie skupią w jednej teczce tych rozrzuconych w czasie i przestrzeni notatek o mnie, gryzmolonych w milicyjnych zeszytach. Rozumiałem ból mego rozmówcy, ale rozumiałem bez współczucia.
Zabawne. 16 milionów fiszek. Małe piwo. Przecież 100 lat National Geographic wtłamsili w parę DVD. Z dyskiem na 40 Gb mógłbym podjąć się obróbki ćwierci tych zasobów pod Linuxem. Ale stanowczo wolę patrzeć na pliki z liczbami pseudo-pierwszymi Lucasa. Przynajmniej nie doprowadzają do depresji i zwątpienia w charakter bliźnich.