Andrzej Solecki

Fpolis, 7/XII/01

Gazetki ciąg dalszy

Szedłem sam górskim szlakiem; lekki plecak, nieco chmurnie, można było bez zmęczenia narzucić niezgorszy rytm. Lecz ktoś, kto był za mną szedł dużo szybciej. Po jakimś czasie dogonił mnie, wyprzedził pozdrawiając - ale gdy odpowiedziałem na pozdrowienie powiedział: ,,ach to ty? Pamiętasz mnie?''

Nie, nie pamiętałem. Moje kłopoty z nieodróżnianiem twarzy osób prowadzą do katastrofalnych gaf. Poprosiłem chłopaka - na oko młodszego ode mnie o parę lat - o pomoc. Ach tak. Oczywiście, mając imię i nazwisko (powiedzy: A.A.) natychmiast odtworzyłem sytuację z przeszłości, odległej wówczas o jakieś 7 lat.

Jego nazwisko brzmiało prawie tak samo jak moje. Poznałem go gdy byłem studentem. Miałem wówczas 23 czy 24 lata i ciekawe doświadczenie z prowadzeniem ,,gazetki obozowej'' na letnim obozie drużyny Makusynów w Siedlisku, blisko Zielonej Góry. Było to całkiem niebanalne przedsięwzięcie - i musiało nim być. Mógłbym Cię zaskoczyć podając tu listę osób, które tam współpracowały ze mną pisząc i rysując, bo wiele z nich to znani dziś w Kraju artyści. Nie chcę być podejrzany o chwalenie się, że znałem tego czy tamtego, ale prawdą jest, że znałem.

Gazetka ta pokazała mi, że trzeba niewiele materialnego oparcia by zrobić coś ciekawego i wpływowego. Duża tablica, papier, maszyna do pisania, pluskiewki. Ważne było położenie tablicy, wiedzieliśmy, że wiele osób będzie nas czytać i oglądać. No i zachciało mi się odtworzyć to zjawisko w innej społeczności. Oceniłem, że Uniwersytet nie był właściwym miejscem i zdecydowałem postawić na uczniów ostatnich klas z wrocławskich ogólniaków.

Kłopot był z dotarciem do właściwej grupy. W owym świecie wysłanie odpowiedniego sygnału nie było proste. Nie wolno było rozklejać papierka z informacją w jakimkolwiek miejscu. Zostawić blisko szkoły pełen opis projektu? Zanudzenie kandydatów i przedwczesne okrojenie możliwości. Apelować do czegoś co jest nie w pełni znane i ujawnione? Wezwanie na rozmowę u tajniaków w pełni zagwarantowane. Istniejące grupy harcerskie? Przykro mi, ale Makusyny były rzadkością - zdaje się, że Walterowcy i jeszcze jedna czy dwie grupy w Polsce wychodziły poza grzybobranie w mundurkach. Czekałem (aktywnie) na okazję.

Pewnego dnia stuknąłem do drzwi ZBOWiD-u. Było to ryzykowne - chciałem użyć dość śmierdzącej organizacji, ale to oni używali ludzi do swych śmierdzących celów. Cóż, jak to mówią przyjaciele Słowianie na biezpticzu żopa saławiej. Przewodniczący oddziału (postać, od której nie chciało by się kupić używanego samochodu) posłuchał mnie i chyba wykoncypował, że jest w tym i interes dla niego. Po tygodniu spotkałem się z grupką chłopców - nie pamiętam jaki był ich związek ze ZBOWiD-em - i rozmowa była ożywiona i obiecująca. A.A. był jednym z nich, wszyscy zainteresowali się doświadczeniami z Siedliska i wydawało się, że dostrzegali możliwości jakie to by przedstawiało w ich szkołach. Byli w większości z maturalnej klasy.

Po dwóch czy trzech spotkaniach zbowidowiec zablokował dalszą akcję twierdząc, że są kłopoty z miejscem i z materiałem - zapewne uświadomił sobie, że wykorzystanie grupki do jego celów mogło być skomplikowane a ryzyko potknięcia się wysoce nieopłacalne. Rozstałem się nieco smutny z chłopakami i nie próbowałem powtórzyć w innej wersji tego doświadczenia; zająłem się (z Jurkiem Gilewskim) prowadzeniem Stubilu, który dawał też niezłe kontakty międzyuczelniane i z różnymi osobami ze świata wrocławskiej kultury.

Spytałem uprzejmie A.A. co robił. Ach, niedawno skończył studia politechniczne? No i co, owe spotkania skłoniły go do pisania po jakichś jego gazetkach? Powiedział, że nie, ale że owe rozmowy miały jednak wielki wpływ na jego życie.

Oczywiście chciałem wiedzieć jak to się stało ale nie potrzebowałem pytać ani przynaglać, A.A. natychmiast zaczął mi z dumą opowiadać historię. Otóż niesłychanie mu wówczas zaimponowałem i by się ze mną zrównać (choć nie sądził że miał mnie kiedyś spotkać) zdecydował postawić przed sobą jakiś wielki cel, który cierpliwie i z nakładem pracy miałby zrealizować. Po przemyśleniu sprawy postanowił, że celem tym miało być uwiedzenie w następnych pięciu latach 100 różnych kobiet. Wysoki i przystojny, z miłym głosem, miał warunki fizyczne by przywoływać zainteresowanie pań. Warunki praktyczne były jeszcze lepsze: mieszkał blisko Świdnickiej, w samym centrum miasta; rodzice spędzali całe dni w pracy i bez rodzeństwa miał przez cały dzień miły lokal do własnej dyspozycji. Zdążał ku swemu celowi z pełnym oddaniem i w niecałe dwa lata, nie dochodząc nawet do połowy zamierzonego terminu, wypełnił zadanie, które sobie ambitnie zakreślił.

Zapytałem go o parę drobiazgów. Tak, dwa razy złapał rzeżączkę, ale to nie był poważny kłopot. Nie, nigdy nie spotykał się powtórnie z tą samą kobietą, to by opóźniało osiągnięcie celu. Nie, to nie zaważyło na studiach - miał równą łatwość uczenia się i bez kłopotu został na uczelni - w chwili rozmowy awansował już na starszego asystenta. Nie, żadna z poznanych pań nie sprawiła większych kłopotów naleganiem na ponowne spotkanie. Jego rodzice także nigdy nie domyślili się czegokolwiek. Czy jego doświadczenie mogło przeszkodzić w przyszłym związku małżeńskim i wychowywaniu własnych dzieci? Nie myślał o tym, chwilowo najważniejszym mu było szybkie zrobienie doktoratu.

Doszliśmy do schroniska. Uścisnął serdecznie dłoń człowieka, co go ongiś natchnął do działania (chcę powiedzieć: moją dłoń) i nigdy więcej go nie spotkałem. Pracowaliśmy na tej samej uczelni, ale ja też byłem pogrążony w papierach i rzadko spotykałem znajomych. Po roku usłyszałem od kogoś (kto mi przekazał informację z powodu owej zbieżności nazwisk, ,,znałeś takiego ... z Wydziału ...''), że A.A. zrobił doktorat i natychmiast wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie dostał doskonale płatną pracę.

Koniec historyjki? Tak, koniec. A gdzie puenta?

Nie ma puenty. Czasami historyjka wraca mi przywołana jakimiś innymi wspomnieniami i w różnych momentach prowokuje różne refleksje ale one nie są ani krótkie ani zgrabne.

Jakie refleksje?

A na przykład taka. Być może było coś takiego w moim życiu a ja tego nawet się nie domyślałem: wyszedłem z domu niedawno poznanej pani X. myśląc ,,ciekawe jak to się w przyszłości potoczy'' a tym momencie pani X. już wyciągała notes zapisując: Numer 38, 7 sierpnia: Andrzej, owłosiony, niski, mała broda. Nie używa dezodorantów.

Albo inna, ze świeższego wychowu. A.A., wartościowy i ceniony Amerykanin, w wolnych chwilach wydziwia ze swymi kolegami z pracy na temat szokującego braku szacunku dla kobiet w talibańskim Afganistanie.

Albo ów moment współczucia dla A.A.: musiało być dla niego strasznym ciosem jeśli dowiedział się, że Georges Simenon przed końcem życia doliczył się nie setki ale stu setek.

Ale takie refleksje nie zastąpią puenty. Niewdzięczny materiał. Albo brak talentu. Wszystko jedno, nie ma puenty i szlus.