Bardzo możliwe, że ciemnogrodzianie zakrzykną mi: paszoł won przekonani, że łatwo przeżyją efektowne a nieefektywne oblężenie p.Bierezina i lękają się jedynie wpływów, co przegrupowują siły wroga ale proszę na nich nie zwracać uwagi, wrzaski między mną a Ciemnogrodem to wewnętrzna, rodzinna awantura. Zaprawdę jam ichni. Ta wesz, co znienacka wypełznie z zakamarków mojej masy mózgowej to jeszcze piastowsko PRL-owska, mój chuch nieczysty to po żytniej wydudlanej w Kraju, mój śmiech głupawy w samotności to na wspomnienie sprośnych dowcipów opowiadanych całe noce w ciemnogrodzkich knajpach. Ciemnogrodu jam synem i niosę mu obronę, którą żem mu winien i której jest on wart.
Do potyczki z p.Bierezinem przystępuję z jedną tylko nieżyczliwą emocją: mam doń żal, że nie zastanowiła go łatwość, z jaką można wydrwić pismo p.Barańskiego ale o tym później.
Najpierw o głównych nurtach omawianego periodyku. (Pominę nurt masoński, który wydaje mi się nadmiernie abstrakcyjny w naszych czasach.)
Odkrycia typu Czarni gorsi mają spory rezonans w białej części amerykańskiego społeczeństwa, co wykazuje, że Polacy nie mają monopolu na głupotę. Żydom zarzuca się częściej nadmiar niż niedomiar inteligencji, ale schematy rasizmu i antysemityzmu są te same: inni ergo winni.
Raz na 5 lat pojawia się w PRL w mininalnym nakładzie esej czy artykuł wyjaśniający cząstkę procesów historycznych, które wyznaczyły los Żydów, ale zasypuje go hałda oficjalnych brudów antysemickich. Przy tym ciśnieniu rzeczywistości przeciętny Polak na mizerne szanse na wygrzebanie się spod stek bzdur i antysemityzm w postaci przetrwalnikowej istnieje w sporej części PRL-owskiego społeczeństwa, wyśmienicie reprezentowanej przez tzw. inteligentów a nierzadko i przez intelektualistów. Tak więc p.Barański wyraża istniejący nurt polskich zapatrywań społecznych i nie należy się z niego śmiać tylko leczyć tę zastarzałą chorobę. Jak? A czemu by nie zachęcić go na przykład do zreferowania jego wiedzy o Żydach na Latającym Uniwersytecie? Nie wykład, referat na seminarium, z dyskusją pozbawioną wyzwisk. Myślę, że reakcje słuchaczy mogły by wykazać pilną potrzebę cyklu wykładów o historii i losach Żydów.
Szerokie nauczanie społeczne w tej materii mam za sprawę niezwykle ważną i to wcale nie z przyczyn historyczno-poznawczych. Jest to niezbędne dla trzeźwego myślenia o Izraelu, co z kolei może stanowić niezgorszą odnośnię do przemyśleń nad sprawą Ziem Zachodnich (primo voto: Ziem Odzyskanych). W tej dziedzinie nasz przeciętny rodak na w głowie mętlik nie do opisania.
Z polskiej perspektywy zanikł zupełnie fakt, że powstanie Izraela nie wynikło z żydowskiej hekatomby z lat 1933 1945 i że cykl wojen, które nastąpiły na Bliskim Wschodzie wyrósł głównie z fanatyzmów religijnych (vide uczestnictwo w walkach z 1947 1948 jugosłowiańskich partyzantów-muzułmanów po stronie Palestyńczyków-Arabów i nieomal nieistnienie Żydów-komunistów po stronie Palestyńczyków-Żydów).
Przeciętnemu rodakowi do automatycznego opowiedzenia się za jednym z wojujących fanatyzmów wystarcza, że rządowa propaganda wpycha go w uwielbianie Arabów, ale postawa ta jest bardzo wzmocniona powierzchownym wytłumianiem erupcji antysemickich. Jak gdyby sympatia dla bitności armii jakiegoś państwa mogła komuś odkupić grzech wyznawania przesądów w stosunku do nieznanych mu przedstawicieli jakiegoś narodu.
Nie zachęcam do plucia na francuską ziemię przy przechodzeniu przez Place de la Concorde ale uważam, że trzeba pamiętać, że stojący tam obelisk zrabował w Egipcie jakiś korsykański generał. Można zachwycać się przemysłem i rolnictwem Kalifornii ale czasami warto przypomnieć sobie, że wyrosło to na cmentarzu wielu narodów żyjących tam uprzednio. Być może po przemyśleniu sprawy typowy Polak zachowa jednak swoje uznanie i sympatię dla Izraela, ale dopóki będą one tak spontaniczne i bezrefleksyjne, będę w nich widział niedzielne wdzianko przytłamszonego antysemity.
Ale działania nierozsądne mogą mieć rozsądne przyczyny. (Nie mówię: nie ma dymu bez ognia, mówię nie ma dymu bez przyczyny.) Po pierwsze, za wyjątkiem Watykanu i Albanii w każdym państwie oba sformułowane poglądy mają i będą miały oparcie w licznych grupach społecznych, a po drugie do nietolerancji może katolików bezwiednie skłaniać często sytuacja, w której przerywanie ciąży prowadzi do zerwania z Kościołem, a nierzadko i z wiarą. Obie opozycyjne strony wiedzą, że (z powodu ekonomicznych, społecznych i moralnych warunków życia) w przeważającej ilości wypadków nie jest to droga: odejście od katolicyzmu zmiana poglądów dopuszczalność przerywania ciąży lecz kierunek wręcz odwrotny: decyzja przerwania ciąży konflikt moralnych zasad i praktycznych racji zmiana światopoglądu.
Ponadto, nawet jeśli uznać, że sprawa przerwania jednej ciąży przez jedną kobietę jest problemem czysto indywidualnym, ma on ewidentny aspekt społeczny w 35-milionowym kraju, w którym corocznie dokonuje się kilkuset tysięcy zabiegów przerywania ciąży i mniej-więcej co trzecia kobieta po trzydziestce co najmniej raz takiego zabiegu dokonała. Wypowiadać się w tej kwestii mają prawo lekarze, ekonomiści, socjologowie ma je i p.Barański.
Na te i pobliskie tematy wypowiadać się mogą i z ich punktu widzenia są moralnie do tego zobowiązani także księża. Cytowane przez .Bierezina urywki artykułu Człowiek oskalpowany księdza Wołynowicza są mi przez swój styl tak nieznośne jak utwory Przybyszewskiego czy Żeromskiego, ale do treści nie ma się jak przyczepić. O klęsce znieczulenia moralnego w XX wieku mówi też całkiem zasadnie cała rzesza współczesnych filozofów, a w kwestii porodu naturalnego i przeżyć noworodka jedynym ekspertem widzi mi się sam noworodek. Wszyscy inni: ojciec, pediatra, ksiądz czy psycholog są laikami. Waży jedynie wartość argumentu a argumentacja R.D.Lainga (popularnego ostatnio psychologo- socjologa) prowadzi znacznie dalej niż wywód ks.Wołynowicza: Laing jest przeciwnikiem natychmiastowego przecinania pępowiny (vide rozdział 7 jego The facts of life).
Tyle uwag związanych z głównymi nurtami omawianego pisma. Poczyniłem je, by przypomnieć rzecz dobrze znaną: tematami tymi warto się zajmować.
Jak zajął się nimi organ p.Barańskiego widać jasno z omówienia zawartego w artykule Ciemnogród niezależny. Ale odpowiedź na pytanie jak wcale nie kończy sprawy. I tu miejsce na mój żal do p.Bierezina.
Rzecz w tym, że intelektualista wśród swoich ról społecznych ma także rolę Dobrowolnego Kopciuszka, który w stercie drukowanych plew odgrzebuje ziarnka sensu. Olbrzymia większość drukowanych codziennie na świecie rzeczy to prawie same plewy. Nad artykułem, w którym prawie nie widać sensu może wzruszyć ramionami każdy czytelnik oprócz intelektualisty, który podjął się przedstawić ów artykuł innym czytelnikom. Przedstawić to nie znaczy streścić, ale uplasować w całości tematyki, w podtekście społecznym a także dojrzeć rzeczy tkwiące w nim implicite.
Dojrzeć w Samoobronie Polskiej bełkot i antysemityzm łatwo. Ale równie łatwo (przy dobrych chęciach) dojrzeć i inną cechę: wspólnym mianownikiem nurtów pisma jest to, że nie są one i nie będą szerzej omawiane przez pisma oficjalne.
Wcale nie przypisując redaktorom pisma nadmiaru walorów można przypuścić, że
Wyszedł z tego głęboki smutek. To prawda. Ale to chyba nie przez złą wolę. To raczej konsekwencja faktu natury socjologicznej, że ponad 90% Polaków żyje w Ciemnogrodzie. I co zrobić z tą masą bliźnich? Ignorować ich z ich niedouctwem i przesądami? Obśmiać w kręgu znajomych? Tutaj p.Bierezin ma rację, niewiele się tym zmartwią i zabełkocą o kolejnym ataku masońskim.
A jednak w pojawieniu się bzdurek typu Samoobrony Polskiej upatrywałbym małe źródełko optymizmu. Przez ponad 30 lat furkotały fajerwerki, aż oczy bolały, a kto stał bliżej to go poparzyło. Pochowali się więc ciemnogrodzianie do swoich jaskiń, obrośli w kokony ignorancji, przesiąkli niemiłym smrodkiem. I oto dzięki ledwo wyczuwalnej zmianie atmosfery zaczynają wypełzać na świeże powietrze. Śmiech mówić jak to oni się ruszają, ale tu trzeba współczucia, a nie śmiechu. A jak nie ma siły współczuć to trzeba przynajmniej poznosić cierpliwie przez jakiś czas.
Niech raczkują wszystkie żuczki. Niechaj sobie.
Brasília, wrzesień 1979