Z odsieczą Ciemnogrodowi

Uwagi o kolejnym ataku masońskim na „Samoobronę Polską”

O niezależnie wydawanej w kraju „Samoobronie Polskiej” wiem tyle, co w artykule „Ciemnogród niezależny” (Kultura 9/384) p.Jacek Bierezin zacytował i streścił – ale wystarczy mi to, by zawołać: „naszych biją!” i ruszyć z odsieczą.

Bardzo możliwe, że ciemnogrodzianie zakrzykną mi: „paszoł won” przekonani, że łatwo przeżyją efektowne a nieefektywne oblężenie p.Bierezina i lękają się jedynie wpływów, co przegrupowują siły wroga – ale proszę na nich nie zwracać uwagi, wrzaski między mną a Ciemnogrodem to wewnętrzna, rodzinna awantura. Zaprawdę jam ichni. Ta wesz, co znienacka wypełznie z zakamarków mojej masy mózgowej to jeszcze piastowsko – PRL-owska, mój chuch nieczysty to po „żytniej” wydudlanej w Kraju, mój śmiech głupawy w samotności to na wspomnienie sprośnych dowcipów opowiadanych całe noce w ciemnogrodzkich knajpach. Ciemnogrodu jam synem i niosę mu obronę, którą żem mu winien i której jest on wart.

Do potyczki z p.Bierezinem przystępuję z jedną tylko nieżyczliwą emocją: mam doń żal, że nie zastanowiła go łatwość, z jaką można wydrwić pismo p.Barańskiego – ale o tym później.

Najpierw o głównych nurtach omawianego periodyku. (Pominę nurt masoński, który wydaje mi się nadmiernie abstrakcyjny w naszych czasach.)

  1. Prawdziwa historia (niepodległości, powszechna, Polski).
    Oglądałem kiedyś parę przedwojennych podręczników historii oraz wypracowań z historii ówczesnych uczniów. Kropka w kropkę tenże duch i styl. Nie wiem czy owe podręczniki były powszechnie obowiązujące ale już samo ich istnienie nasuwa przypuszczenie, że autorzy artykułów wcale nie mają bzika a po prostu byli kiedyś celującymi uczniami i zachowali dobrą pamięć. Na tle tej hipotezy proszę rozważyć pytanie: jakie niezależne wydawnictwa będą w stanie wydawać za 40 lat dzisiejsi dobrzy uczniowie?

  2. Koncepcje polityczne Dmowskiego.
    Przypomnienie ich – nawet w zniekształconej wersji – to czysta korzyść społeczna. Szeroka publiczność czytająca „Samoobronę Polską” będzie mogła odnaleźć prawzór sporego fragmentu krajowej historiozofii gazetowej i odkryć, że nihil novi.

  3. Żydzi.
    Dłuższa sprawa (parę tysięcy lat). Zacznę chyba od Czarnych.
    W tygodniku „Time” z 24 września odgrzewają niejakiego Arthura Jensena, który nawet pod groźbą posądzenia o rasizm nie odstąpi od prawdy, która brzmi: w testach na IQ Czarni zarabiają średnio po kilkanaście punktów mniej niż Biali. Ów Rycerz Prawdy tak się zapatrzył w niezbijalność swojego odkrycia, że przeoczył parę drobiazgów, a mianowicie: polowano na ludzi różnych kultur, języków, religii, cech fizycznych – a powiązanych ze sobą jedynie odmiennością ich kolorów skóry (określanych zbiorczo: czarny) od karnacji żółtawo-różowych (zbiorczo: biały). Przewieziono ich jak bydło za ocean. Używano do ciężkich prac, nie pozostawiając żadnych nadziei indywidualnych czy społecznych. Zmuszano do przyjęcia nowego języka, religii, a także nędzy i mentalności niewolniczej. Przymuszano kobiety do aktów seksualnych a żywe konsekwencje tych aktów traktowano jak jakikolwiek pomiot w zagrodzie, do użycia w gospodarstwie lub do sprzedania. Fakt, że źle przyjmowali to co ich oczekiwało był dowodem na ich głupotę. Któregoś dzionka, nieco ponad 100 lat temu, formalnie ich uczłowieczono (wcale nie z przyczyn humanitarnych) a oni pozostali biedni, i nadal odrzucali wewnętrznie „swoje” otoczenie. Całkiem naturalne, że przenikająca kolejne pokolenia powszechna utrata wszelkich wartości: dawnej tożsamości, tkanki rodzinnej i społecznej, wiary i nadziei, wpływała na ich dwu czy trzyletnie dzieci, czyli osoby w tym wieku, w którym decyduje się co z wrodzonych predyspozycji będzie miało szansę na realizację w walorach wymierzalnych przez IQ. Że większość Czarnych do dziś nosi w sobie ślady tego historycznego procesu? Przecież byłby to cud na miarę wyłonienia się Atlantydy gdyby ślady te zanikły już po 8 – 12 pokoleniach.

    Odkrycia typu „Czarni gorsi” mają spory rezonans w białej części amerykańskiego społeczeństwa, co wykazuje, że Polacy nie mają monopolu na głupotę. Żydom zarzuca się częściej nadmiar niż niedomiar inteligencji, ale schematy rasizmu i antysemityzmu są te same: inni ergo winni.

    Raz na 5 lat pojawia się w PRL w mininalnym nakładzie esej czy artykuł wyjaśniający cząstkę procesów historycznych, które wyznaczyły los Żydów, ale zasypuje go hałda oficjalnych brudów antysemickich. Przy tym ciśnieniu rzeczywistości przeciętny Polak na mizerne szanse na wygrzebanie się spod stek bzdur i antysemityzm w postaci przetrwalnikowej istnieje w sporej części PRL-owskiego społeczeństwa, wyśmienicie reprezentowanej przez tzw. „inteligentów” a nierzadko i przez intelektualistów. Tak więc p.Barański wyraża istniejący nurt polskich zapatrywań społecznych i nie należy się z niego śmiać tylko leczyć tę zastarzałą chorobę. Jak? A czemu by nie zachęcić go na przykład do zreferowania jego wiedzy o Żydach na Latającym Uniwersytecie? Nie wykład, referat na seminarium, z dyskusją pozbawioną wyzwisk. Myślę, że reakcje słuchaczy mogły by wykazać pilną potrzebę cyklu wykładów o historii i losach Żydów.

    Szerokie nauczanie społeczne w tej materii mam za sprawę niezwykle ważną – i to wcale nie z przyczyn historyczno-poznawczych. Jest to niezbędne dla trzeźwego myślenia o Izraelu, co z kolei może stanowić niezgorszą odnośnię do przemyśleń nad sprawą Ziem Zachodnich (primo voto: Ziem Odzyskanych). W tej dziedzinie nasz przeciętny rodak na w głowie mętlik nie do opisania.

    Z polskiej perspektywy zanikł zupełnie fakt, że powstanie Izraela nie wynikło z żydowskiej hekatomby z lat 1933 – 1945 i że cykl wojen, które nastąpiły na Bliskim Wschodzie wyrósł głównie z fanatyzmów religijnych (vide uczestnictwo w walkach z 1947 – 1948 jugosłowiańskich partyzantów-muzułmanów po stronie Palestyńczyków-Arabów i nieomal nieistnienie Żydów-komunistów po stronie Palestyńczyków-Żydów).

    Przeciętnemu rodakowi do automatycznego opowiedzenia się za jednym z wojujących fanatyzmów wystarcza, że rządowa propaganda wpycha go w uwielbianie Arabów, ale postawa ta jest bardzo wzmocniona powierzchownym wytłumianiem erupcji antysemickich. Jak gdyby sympatia dla bitności armii jakiegoś państwa mogła komuś odkupić grzech wyznawania przesądów w stosunku do nieznanych mu przedstawicieli jakiegoś narodu.

    Nie zachęcam do plucia na francuską ziemię przy przechodzeniu przez Place de la Concorde ale uważam, że trzeba pamiętać, że stojący tam obelisk zrabował w Egipcie jakiś korsykański generał. Można zachwycać się przemysłem i rolnictwem Kalifornii ale czasami warto przypomnieć sobie, że wyrosło to na cmentarzu wielu narodów żyjących tam uprzednio. Być może po przemyśleniu sprawy typowy Polak zachowa jednak swoje uznanie i sympatię dla Izraela, ale dopóki będą one tak spontaniczne i bezrefleksyjne, będę w nich widział niedzielne wdzianko przytłamszonego antysemity.

  4. Przerywanie ciąży.
    W tej materii istnieją dwie główne linie rozumowania, sprzeczne nie do pogodzenia.
    1. Dopóki płód nie jest zdolny do samoistnego życia i nie posiada wyraźnych cech przynależności do gatunku ludzkiego, stanowi część ciała kobiety. Kobieta – jak każdy człowiek – ma prawo do dysponowania zgodnie ze swoimi poglądami tak całością swego organizmu jak i jego częściami. W wypadku postanowienia spędzenia płodu głos doradczy prócz lekarza powinien mieć i ewentualny ojciec, ale decyzja słuchania czy niesłuchania głosów doradczych należy tylko do niej.
    2. Rozwijający się płód ma cechę wspólną gatunkowi ludzkiemu nieporównywalnie ważniejszą niż ukształtowanie się poszczególnych organów - istnienie, które w ciągu paru miesięcy przetworzy go w istotę ludzką obdarzoną duszą. Istnieje i rozwija się – a więc jest tworem żywym i usunięcie go z łona matki jest morderstwem, jednym z grzechów śmiertelnych.
    Wydaje się, że p.Barański stoi na tym drugim stanowisku i zwracając się do katolików miałby pełne prawo moralne domagać się uniemożliwienia katoliczkom przerywania ciąży. Bieda w tym, że PRL nie składa się jedynie z katolików i jego dążenie do zmiany prawa państwowego, by odpowiadało koncepcji katolickiej jest zamachem na wolność osobistą Polaków nie-katolików.

    Ale działania nierozsądne mogą mieć rozsądne przyczyny. (Nie mówię: „nie ma dymu bez ognia”, mówię „nie ma dymu bez przyczyny”.) Po pierwsze, za wyjątkiem Watykanu i Albanii w każdym państwie oba sformułowane poglądy mają i będą miały oparcie w licznych grupach społecznych, a po drugie do nietolerancji może katolików bezwiednie skłaniać często sytuacja, w której przerywanie ciąży prowadzi do zerwania z Kościołem, a nierzadko i z wiarą. Obie opozycyjne strony wiedzą, że (z powodu ekonomicznych, społecznych i moralnych warunków życia) w przeważającej ilości wypadków nie jest to droga: odejście od katolicyzmu – zmiana poglądów – dopuszczalność przerywania ciąży lecz kierunek wręcz odwrotny: decyzja przerwania ciąży – konflikt moralnych zasad i praktycznych racji – zmiana światopoglądu.

    Ponadto, nawet jeśli uznać, że sprawa przerwania jednej ciąży przez jedną kobietę jest problemem czysto indywidualnym, ma on ewidentny aspekt społeczny w 35-milionowym kraju, w którym corocznie dokonuje się kilkuset tysięcy zabiegów przerywania ciąży i mniej-więcej co trzecia kobieta po trzydziestce co najmniej raz takiego zabiegu dokonała. Wypowiadać się w tej kwestii mają prawo lekarze, ekonomiści, socjologowie – ma je i p.Barański.

    Na te i pobliskie tematy wypowiadać się mogą – i z ich punktu widzenia są moralnie do tego zobowiązani – także księża. Cytowane przez .Bierezina urywki artykułu „Człowiek oskalpowany” księdza Wołynowicza są mi przez swój styl tak nieznośne jak utwory Przybyszewskiego czy Żeromskiego, ale do treści nie ma się jak przyczepić. O klęsce znieczulenia moralnego w XX wieku mówi też całkiem zasadnie cała rzesza współczesnych filozofów, a w kwestii porodu naturalnego i przeżyć noworodka jedynym ekspertem widzi mi się sam noworodek. Wszyscy inni: ojciec, pediatra, ksiądz czy psycholog są laikami. Waży jedynie wartość argumentu – a argumentacja R.D.Lainga (popularnego ostatnio psychologo- socjologa) prowadzi znacznie dalej niż wywód ks.Wołynowicza: Laing jest przeciwnikiem natychmiastowego przecinania pępowiny (vide rozdział 7 jego „The facts of life”).

Tyle uwag związanych z głównymi nurtami omawianego pisma. Poczyniłem je, by przypomnieć rzecz dobrze znaną: tematami tymi warto się zajmować.

Jak zajął się nimi organ p.Barańskiego widać jasno z omówienia zawartego w artykule „Ciemnogród niezależny”. Ale odpowiedź na pytanie „jak” wcale nie kończy sprawy. I tu miejsce na mój żal do p.Bierezina.

Rzecz w tym, że intelektualista wśród swoich ról społecznych ma także rolę Dobrowolnego Kopciuszka, który w stercie drukowanych plew odgrzebuje ziarnka sensu. Olbrzymia większość drukowanych codziennie na świecie rzeczy to prawie same plewy. Nad artykułem, w którym prawie nie widać sensu może wzruszyć ramionami każdy czytelnik – oprócz intelektualisty, który podjął się przedstawić ów artykuł innym czytelnikom. „Przedstawić” to nie znaczy „streścić”, ale uplasować w całości tematyki, w podtekście społecznym – a także dojrzeć rzeczy tkwiące w nim implicite.

Dojrzeć w „Samoobronie Polskiej” bełkot i antysemityzm łatwo. Ale równie łatwo (przy dobrych chęciach) dojrzeć i inną cechę: wspólnym mianownikiem nurtów pisma jest to, że nie są one i nie będą szerzej omawiane przez pisma oficjalne.

Wcale nie przypisując redaktorom pisma nadmiaru walorów można przypuścić, że

Wyszedł z tego głęboki smutek. To prawda. Ale to chyba nie przez złą wolę. To raczej konsekwencja faktu natury socjologicznej, że ponad 90% Polaków żyje w Ciemnogrodzie. I co zrobić z tą masą bliźnich? Ignorować ich z ich niedouctwem i przesądami? Obśmiać w kręgu znajomych? Tutaj p.Bierezin ma rację, niewiele się tym zmartwią i zabełkocą o „kolejnym ataku masońskim”.

A jednak w pojawieniu się bzdurek typu „Samoobrony Polskiej” upatrywałbym małe źródełko optymizmu. Przez ponad 30 lat furkotały fajerwerki, aż oczy bolały, a kto stał bliżej to go poparzyło. Pochowali się więc ciemnogrodzianie do swoich jaskiń, obrośli w kokony ignorancji, przesiąkli niemiłym smrodkiem. I oto dzięki ledwo wyczuwalnej zmianie atmosfery zaczynają wypełzać na świeże powietrze. Śmiech mówić jak to oni się ruszają, ale tu trzeba współczucia, a nie śmiechu. A jak nie ma siły współczuć to trzeba przynajmniej poznosić cierpliwie przez jakiś czas.

Niech raczkują wszystkie żuczki. Niechaj sobie.

Andrzej Solecki

Brasília, wrzesień 1979