http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,3529458.html .
Dotyczył młodzieżowego bandytyzmu w Gwatemali i związku tego zjawiska z walkami gangów w Los Angeles. Ton artykułu to wynik długiej wojny domowej, to ucieczka ku zbrodni od biedy
Komentarze czytelników, które można tu znaleźć:
http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=521&w=46564136&v=2&s=0trzymały się filozofii niech gwałt się gwałtem odciska. Parę osób wykorzystało okazję do robienia kpinek.
Poniżej przekazuję mój wpis.
Re: Krótkie zycie marero
13.08.06, 17:07
Autor pisze "36 lat wojny domowej zrobiło swoje" i to wyraża
pewien pogląd. Sądzę, że początek tragedii można osadzić
w różnych momentach, ale właściwszy wydaje mi się rok 1954.
(Kto lubi opierać się na źródłach nieco dłuższych niż
jedna strona, zyska zerkając na tekst p.Kapuścińskiego
sprzed 5 lat,
serwisy.gazeta.pl/kapuscinski/1,23083,472708.html.)
Wtedy zaczyna się rozumieć nie tylko pochodzenie technik
bandyckich z ulic LA, ale i utworzenie masy, której nie było
dane stać się społeczeństwem.
Gdy młodzi ludzie w naszym Kraju w 1956 brali się do kabaretów
i słuchali Willisa Conovera, tam szli zakuci w kajdany (proszę
zrozumieć co piszę, nie używam przenośni, mówię o takich kółkach
metalowych połączonych ze sobą, które widuje się w filmach
o więźniach) do pracy przy zbieraniu bananów czy bawełny. Mój
znajomy widywał jeszcze na początku lat 60-tych takie poranne
pielgrzymki do pracy.
Ich błędem życiowym było urodzenie się w kraju, który potężny
sąsiad postanowił uchronić przed komunizmem.
Może dlatego nie mieliśmy (i jak widzę z komentarzy - nie mamy)
zrozumienia dla nich? Ważne, że nie komuniści. Tak jak
i Uzbekistan czy inna jakaś azjatycka ostoja demokracji...
Ech, ludzie, ludzie...
Andrzej Solecki
www.andsol.org