Jeden, dwa, dużo

Andrzej Solecki

Rzeczesz:

Niedawno się dowiedziałem, że w psychologii też coś podobnego działa, a w jakimś z prehistorycznych ludów liczono : jeden, dwa, trzy, więcej.

O psychologii nie będę się wywnętrzał, bo jako matematyk zajmuję się tym, co ludzkie, konkretne i użyteczne. A co do ludu (czy ludów) to jeszcze całkiem niedawno - powiedzmy z 30 lat temu - z łatwością znajdywałeś popularno-naukowe wstępy do matematyki, gdzie mówiąc o systemie dziesiętnym autorzy zwykli byli mawiać, że wiele pierwotnych ludów (jak np. Buszmeni) liczy prymitywnie: jeden, dwa, dużo... Dziś autor, co by zasadził takiego kaczana zostałby obśmiany na śmierć (a w Stanach to by może i protestów publicznych doczekał się za zniesławianie małych społeczeństw...) i zmiana klimatu nie nastąpiła za darmo. Gdy rozwaliły się te wszystkie kolonie (zerknij tylko na mapę Afryki z 1960 a potem z 1970) i afrykanskie społeczeństwa zaczęły kształcić własne kadry na własnych uniwersytetach, różne przekonania o owych narodach (bo pozwolisz, że będziemy mówili o ,,narodach'' nie ,,plemionach" gdy wchodzą w grę społeczeństwa z 20 czy 40 milionami ludzi...) rozsypały się w drobny proszek - bo ci nowi specjaliści po prostu znali swój własny język i wiedzieli o czym tu się mówi. No i owe liczenie ,,jeden - dwa - dużo'' okazało się czymś, czego jeden z drugim zadufkiem-antropologiem europejskiego pochodzenia nie był w stanie zrozumieć - okazało się po prostu systemem binarnym. Kto widział już tabliczkę mnożenia i dodawania w systemie dwójkowym łatwo przyjmie, że jeśli społeczeństwo żyje w małych i rozproszonych grupach, to liczenie ,,jeden , dwa , dwa jeden , dwa dwa , dwa dwa jeden ..." jest doskonałe z punktu widzenia analizy w terminach ,,stosunek kosztu do korzyści": łatwo opanować, łatwo stosować.

No i tu dochodzimy do drugiego zerknięcia na ten temat. Owych 30 lat temu antropolog mógł nie ujść za idiotę mówiąc o kulturze i myśląc o obrazach Liszta i muzyce Rubensa (albo na odwrót). Później ten numer by już nie przeszedł. Najmarniejszy kandydat na antropologa (czy może ,,etnografa'' - powie się w Polsce?) musi rozumieć jako kulturę cały wytwór społecznego życia jakiejś tam grupy ludzi - i jest wręcz aksjomatem, że kultura jest funkcjonalna - czyli społeczność wytwarza takie formy współżycia, które najlepiej ułatwiają jej przetrwanie (i to dlatego na przykład pedofilia w starożytnej Grecji była modną i nieszkodliwą rozrywką - a na naszej wsi bluźnierstwem wyplewianym batem i kamieniem). Czyli powiedzieć, że jakiś tam lud jest ,,prymitywny" w znaczeniu, że jego kultura nie jest ,,dobrze rozwinięta" jest sprzecznością samą w sobie - każda kultura jest na tyle rozwinięta na ile to było potrzebne owemu społeczeństwu.

A trzecia uwaga - prawdę powiedziawszy, sztych śmiertelny - to to, że gadało się i gadało się o tym ,,jeden - dwa - dużo" jako wyznaczniku prymitywności języka (argument tak wyświechtany jak rzekoma obfitość onomatopei w językach afrykańskich - co też okazalo się bzdurą) aż ktoś zdał sobie sprawę z tego, że francuskie ,,trois" (trzy) oraz ,,très" (bardzo, dużo) mają ten sam rdzeń - a rdzeniem tym jest łacińskie ,,trans" (poza). No i natychmiast skończyło się bełkotanie o prymitywności buszmeńskich języków...1


 strona    po polsku