Kapitał, ja i wielomiany

Mając szesnaście lat przeczytałem cały pierwszy tom „Kapitału” i uznałem się za komunistę. Gdy miałem szesnaście i pół zaczęło mi wydawać się dziwne, że wszystkie wzorki stamtąd były (mówiąc moim dzisiejszym językiem) linearne. A że to mniej-więcej wtedy używając płyt i BBC nauczyłem się porządnego angielskiego i zacząłem słuchać mnóstwa rzeczy po angielsku (które oczywiście nie były zagłuszane1) i coraz lepiej składało mi się do kupy to, co słyszałem w najróżniejszych miejscach, no to zacząłem lekko zmieniać poglądy. Nie byłem wówczas nic a nic naiwny i nawet dość sensownie wyobrażałem sobie jak wyglądały złe strony Zachodu (choć dziś jest mi bardziej jasnym, że strach przed bezrobociem może rozwalić psychicznie nawet dużych i silnych ludzi; nigdy mi ono nie zagroziło, ale widzę jak to działa...).

Moja filozofia – sformułowana przed dojściem do osiemnastki – daje się wybronić i dziś. Utrzymywałem, że robić co się chce nie da się nigdzie, tak z powodu praw fizyki jak i praw społecznych; mówić co się chce to się daje w niewielu miejscach na świecie – głównie w świecie anglosaskim i skandynawskim, ale i tam nie każdemu i nie do przesady; ale jeśli w jakimś miejscu nie może się myśleć co się chce, dla siebie samego, na własny użytek – bo kacapy próbują ci wejść do twojego mózgu – to lepiej wybywać stamtąd jak najszybciej.

A co do tych zależności proporcjonalnych i odwrotnie proporcjonalnych u Marksa, to kończąc matematykę wyczytałem gdzieś jak to było2: biedactwo z Karolka, nigdy nie zdołał pojąć procesu przejścia do granicy, więc nawet wielomiany drugiego stopnia musiały mu się widzieć zdrowo podejrzanymi...