<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Bardzo państwa przepraszam za ten tytuł. Nic lepszego mi nie przychodzi do głowy bo ciągle mam plamy słoneczne na mózgu. Ale pomimo tego rozumiem, że muszę zdemontować niewłaściwe wrażenie, które mogło samo z siebie zmontować się. Tytuł nie jest obietnicą porad o tym jak po dwudziestu minutach lektury zacząć lepiej zarabiać, mniej kłócić się z teściem i teściową albo sprawiać wrażenie dobrego ojca na trzyletnim synku. Chodzi mi o kwestie dużo mniej praktyczne.
Tak, to prawda. Skoro nie są okropnie praktyczne nie ma też pośpiechu z czytaniem o nich. Więc oczywiście może pani zostawić mnie na potem i gdy wróci pani tu za trzy tygodnie będę tak ważny albo nieważny jak przedtem.
Dziwią się państwo skąd u mnie ta fałszywa chrześcijańska skromność? Z praktyki dyskusyjnej. Czasami chwilowa funkcja czy okoliczności zobowiązują mnie do moderowania dyskusji. Trudne to dla mnie zadanie, bo nie odróżniam twarzy osób a także lubię przedstawiać mój punkt widzenia - a tu muszę starannie odróżniać brunetkę w białej bluzce od brunetki w białej krótkiej bluzce a także babau czyli nici z gadania co ja tak sobie myślę. Ale najgorsze jest skłanianie dyskutanta J. by po wyłożeniu w wielu słowach swego poglądu zdołał wysłuchać bez przerywania wystąpienia dyskutantki K. Sygnalizuję, że zapisałem go do ponownego podjęcia kwestii. Daję dłonią znak mówiący w języku kierowców „jedź powoli”. Oznajmiam z niewiarygodną u mnie słodyczą: „chwileczkę, już za parę chwil, po wystąpieniach trzech zapisanych osób, będzie pan znowu mówił” - a gdy wszystko to nie pomaga, bo jak silnik motocyklowy gość monopolizuje ścieżkę dźwiękową, włączam się na poziomie 100 decybeli: „proszę pana, racja to nie mucha, żeby odlecieć sobie bez zapowiedzi. Jeśli ma pan rację to ona poczeka na pana osiem minut zanim wróci pan do głosu. Ściślej mówiąc dziewięć minut, bo zagłuszył pan wystąpienie pani K. i będzie musiała ona przedstawić jej argument od samego początku.” Czasami to działa ale nie przysparza mi przyjaciół.
Po pewnej ilości takich zagrań nieuchronnie jawi się refleksja: a jakie ma znaczenie to co dla mnie wydaje się tak pilne i ważne? Uczciwa odpowiedź ustawia mnie na właściwym miejscu, czyli gdzieś między niczym i niczym w bełkotliwym morzu argumentów.
Załóżmy więc, że już minęło parę tygodni i jakiś splot okoliczności przywiódł panią z powrotem do tego tekstu i postanowiła pani zobaczyć co ja to niepraktycznego mam do opowiedzenia. Ach, sprawa gawęd z pluszowymi zwierzątkami.
Czy w Polsce też pojawiła się ta akcja reklamowa? Parmalat niesłychanie agresywnie wchodził na dobrze obstawiony brazylijski rynek przerobów mlecznych. Reklama szła wprost do najmłodszych konsumentów. Maleństwa były ubierane jako foki, misie i inne rozkoszne zwierzątka i pojawiały się w tv w obrazie Mamíferos de Pelúcia Parmalat (Pluszowe Ssaki Parmalat). Kto miał w domu małego ssaka, gnał do supermarketu by całkiem tanio utrwalić go sobie fotograficznie jako np. króliczka. Odrywane kawałki opakowań ich produktów plus parę reali kupowało pluszowe zwierzątka - i te różne krówki (za wyjątkiem jeleni, z powodów wyjaśnionych w Bloku 11) zdominowały Brazylię. Akcja reklamowa z 1997 w zamiarze miała trwać przez 3 miesiące. Rozciągnęła się do 2000 roku i w pewnym momencie było tyle urywków opakowań, że firma musiała zamówić dwa loty charterowe z Chin, wypchane od kabiny pilota do ogona pluszowymi ssakami. W sumie wjechało do Brazylii ponad 17 milionów zwierzątek. A że dzisiejszy blok ma numer 17, mam powód by opowiadać to właśnie dzisiaj.
Z owych 17 milionów stosunkowo niewiele weszło do naszego domu - może 6 czy 7 - ale jak doliczyć tam misia kupionego w Buenos Aires, zajączka Vanildy zarekwirowanego przez malców (mamo, możemy bawić się z twoim zajączkiem?) oraz koalę od australijskiej cioci Ewy, to nie ma tego tak mało. Nawiasem, koala caolho („koala kaoljo”), jednooka koala. Ewa chyba o tym nie wie. To z nadmiaru miłości.
Jest w tym zwierzyńcu także coś co rozdawał Kellog, ochrzciwszy to jako tygrysa Toniego, ale nazwa nie złapała. Tulić tego nie dawało się, bo zwierzak był sztywny i mały, ale chłopcy natychmiast odkryli, że doskonale steruje się nim jako strzałką do rzucania do celu. Dzięki wyprostowanego ogonowi nadającemu znakomitą stabilność, zwierz w imponujący sposób dolatywał w okolice celu. Dzięki temu zachowaniu się otrzymał własne imię - i nie wiem czemu ale było ono Elefut. Że niby elefante + futebol, choć nie miał nic słoniowego ani nie był kopany. A wkrótce potem zaczęła się mania Pokémonów, więc zwierz został zidentyfikowany jako Elefutmon. Z wymową lokalną „elefucimon”.
Któregoś dnia zastałem chłopców z kartami rozdanymi na 6 stosików - oprócz nich grały cztery zwierzaki. Wywiedziałem się czy grają one dobrze i czy nie oszukują. Z entuzjazmem zrelacjonowali mi najlepsze zagrania każdego ze zwierząt i zaręczyli za ich pełną uczciwość. Zauważyłem, że elefutmon leżał nieco na uboczu i bez kart, więc spytałem czy on nie chciał grać czy też był jakiś inny powód. Rozbawieni chłopcy popatrzyli na siebie, potem na zwierzątka a potem odpowiedzieli mi prawie unisono: „ależ tato, przecież elefutmon nie jest prawdziwym zwierzakiem!”
Gdyby moje zdanie przeważało, to coś co ma w swym imieniu rdzenie łacińskie, germańskie i japońskie miałoby prawo do swojego stosiku kart. Ale tu dedukcje i przekonania niewiele znaczą. Trzeba być w ich świecie by wiedzieć kto jest a kto nie jest prawdziwym zwierzęciem.
Nie wypada marnować tyle czasu na takie dziecinady? No to dla zrehabilitowania się zacytuję coś mądrego. Przy ustawianiu książek na ich nowych miejscach wielokrotnie przyglądałem się jakimś dziełom myśląc: „o, od lat chcę to przeczytać...” No i złapałem za Logikę sensu.
Dość często podczytuję The Annotated Alice - „Alicję w krainie czarów” z komentarzami Martina Gardnera. Wszystko co ma podpis Gardnera niesie erudycję i oryginalność. Ot, dla przykładu, to dzięki niemu wiem skąd wziął się Zwariowany Kapelusznik: w owych czasach przygotowując filc na kapelusze używano rtęci - i praca z nią bez odpowiednich zabezpieczeń doprowadzała do zatrucia, objawiającego się drgawkami a także halucynacjami
Gdy ktoś pisze olbrzymią pracę „osnutą na tle” i obiecuje przeanalizować świat mając dzieło Carrolla jako jeden z kluczy do zrozumienia, mam ochotę to przeczytać. Ale tekst nie zachęca. Zachęca czy nie, tym razem wdałem się intensywniej w realizację tego zamiaru. I donoszę państwu co następuje:
Świat głębi jamy gębowej - odbytu - cewki moczowej to ruchoma mieszanka, którą doprawdy możemy nazywać bezdenną i która świadczy o wiecznej subwersji.(Uwielbiam dekoracyjne zastosowanie języka fizyki i matematyki. Oglądając to czuję się mądrzejszy i wyższy.)
Każda strefa (erogenna) to dynamiczna formacja przestrzeni powierzchni wokół singularności utworzonej przez otwór i przedłużalnej we wszystkich kierunkach do sąsiedztwa z inną strefą, która zależy od innej singularności.
stworzył niezapomniany obraz i w którym osesek jest od pierwszego roku życia jednocześnie sceną, aktorem i dramatem. Doustność, usta i pierś są przede wszystkim głębią bez dna. Pierś i całe ciało matki nie są podzielone jedynie na dobry i na zły obiekt, ale są agresywnie opróżniane, dzielone na drobinki, kruszone i zamienione w kawałki spożywcze.Zaręczam, że to dopiero niewinny początek. Kto chce większych sensacji może być pewien, że ich się doczeka.
Myśląc o tym czego tam nie ma, czy warto czepiać się o szczegóły? Na przykład, co by działo się gdyby osesek zaczynał się od trzeciego lub piątego roku życia. Albo, w braku dna, jak wydedukować, że to jazda w głąb a nie wzwyż. Nie mówiąc już o użytkach przestrzeni linii, linii przestrzeni oraz linii powierzchni, gdzie wszystko by było erogennie podziurawione.
Ostatnim razem mówiłem źle o psychoanalizie? Jak państwo widzą, gdy zmieszać psychoanalizę z filozofią (nawet gdy ona twierdzi, że spiera się z psychoanalizą) to efekty są dużo bardziej imponujące. Więc może lepiej wrócę do spraw małych ale konkretnych?
Kłopoty ze zrozumieniem kto jest kim miałem nie tylko ja gdy tyczyło się pluszowych przyjaciół moich dzieci. Podobne kłopoty (choć o dużo poważniejszych konsekwencjach) miała pewna firma z USA działająca w Afryce. Poznałem historię z ust człowieka, który rozwiązał zagadkę. Był to sławny Kenneth Pike. Ale to nie na dzisiaj. W następnym bloku postaram się dopowiedzieć resztę tego problemu rozbitego na mało znaczące anegdoty. A gdyby w międzyczasie ktoś z państwa reflektował na mój egzemplarz filozoficznego dzieła pana Gilles Deleuze Logika sensu to chętnie wymienię go na coś z krajowej literatury, nawet niewysokiego lotu. Aha, moje wydanie to tłumaczenie na portugalski, Editora da Universidade de São Paulo, 1975.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu