Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Obsługa klawiatury, akcenty i dwukropki:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 20, 11/III/03

Z lewej smutno, z prawej duszno, paszli wzad

Proszę państwa, najpierw w sprawie zapowiedzianego wspomnienia strajkowego. Jak wszyscy wiedzą, na świecie bez przerwy dzieją się rzeczy. A ja przy klawiaturze, więc tylko wystukać adres i dowiadywać się. Czego? Wszystkiego.

I tu kłopot. Na „wszystko” nie znajdę czasu, siły, przygotowania, zainteresowania. I czasami zamiast wszystkiego wybieram nic. Nie włączam tv, nie wchodzę na sławne internetowe witryny. I wtedy jest niesłychanie cenna drobna pomoc przyjaciół. Nie pozwalają mi przegapić czegoś ważnego.

Wiedeńsko-warszawski Wojtek Kubalewski podał mi wskazówki. Jednodniowa akcja The Virtual March on Washington, „Wirtualny Marsz na Waszyngton” czyli ponad milion telefonów i faksów do Senatu i Białego Domu w osiem czwartkowych godzin, dnia 26/II/03. Średnio dwa telefony na minutę na każdy istotny numer.

Ech … smutek duszę ściska … Rzadko miałem w życiu tak dobrą kartę i właśnie wtedy towarzystwo podniosło się od stołu, żeby coś przekąsić … Dobrze, już wyjaśniam.

Mój pierwszy rok w Brasílii i pierwszy duży strajk studencki. Pochody i demonstracje - ale na uczelni i w pobliżu. Rozsądne wymogi przemieszane z żądaniami, by prezydent i ministrowie poddali się do dymisji, dobrowolnie poszli do więzienia i wyznali wszystko o kontach w Szwajcarii. Coś jakby wykład z fizyki cząstek elementarnych w jednej sali ze spektaklem opery buffo.

Łapię na jednym z tysiaca ichnich zebrań czołówkę strajkową i mówię: „chcecie wygrać?” „Chcemy i wygramy i skończymy z opresją człowieka przez człowieka i brutalnym imperializmem …” Na co ja: „Gratulacje, sam Jezus Chrystus nie powstydziłby się rozległości programu. Ja mam dla was coś znacznie mniejszego. Ale też ma swój urok. Za trzy dni Ministerstwo Oświaty zaproponuje wam negocjacje. Chcecie?” Zaciekawiło ich to na chwilę.

Wyjaśniłem im plan. Przy wejściu do Ministerstwa jest zatłoczony pokoik z telefonistkami. Źle płatne, upokorzane, przepracowane. W ciągu godziny rozmowy w czasie przerwy obiadowej (słuchając, nie gadając) zaprzyjaźnicie się. Za dwie godziny dostaniecie pełną listę telefonów Ministerstwa, łącznie z najbardziej zastrzeżonymi telefonami pana Ministra (ozdóbki politycznej) i Secretário Executivo (vice-ministra, prawdziwego ośrodka władzy). W tym czasie wasze ekipy wykupują w całym mieście żetony telefoniczne. Wieczorem zaczynacie rozdawać setkom studentów papierki. Na papierkach losowo przesortowane zestawy z pięciu numerami telefonów. I jutro studenci zaczynają dzwonić od punktualnie ósmej rano. Widzi telefon publiczny, chwyta za słuchawkę, wrzuca żeton i zawsze uprzejmie pyta czy rozmówca mógłby przekazać prośbę szefowi, by on przekazał prośbę panu Ministrowi, że dobrze by było przedyskutować z Komitetem Strajkowym program rokowań. I czy oni mają jakieś sugestie w sprawie programu studentów.

Następnego dnia urząd telefoniczny przeprogramuje system i z publicznych telefonów nie będzie połączenia do Ministerstwa. Ale każdy student już załatwi sobie dojście do jakiegoś urzędu, skąd odstrzeli przynajmniej jeden równie uprzejmy i rzeczowy telefon. Wieczorem w telewizji któryś z ministrów - może od administracji publicznej - powiadomi ludność Brasílii o straszliwych karach dla każdego kto pozwoli na nieupoważnione rozmowy z telefonu służbowego, przypuszczalnie poćwiartkowanie i przepadek mienia. Dlatego trzeciego dnia wszyscy dzwonią z telefonów cioci, narzeczonej, z własnego. Oczywiście policja sporządzi listę tych numerów ale oczywiście lista będzie tak długa, że lektura jej zajmie parę lat. Zresztą, po trzecim dniu w Ministerstwie będzie nastrój buntu na pokładzie i urzędnicy trzymając ministra za ucho zaciągną go na rokowania.

W oczach paru wśród zgromadzonych zaczynało coś zabawnego błyskać i przyznawali, że ci Polacy nie są tacy głupi. Ale bardziej doświadczeni towarzysze walk szybko się opamiętali i odzyskali inicjatywę. Może to i racja, że doszłoby do jakichś negocjacji, ale to bardzo mało warte. W ten sposób nigdy byśmy nie zwalczyli północnoamerykańskiego imperializmu i nie wprowadzili rządów pracującego ludu. I takie burżuazyjne rozwiązanie pomija problem naszych kubańskich braci w ich nierównej lecz słusznej walce.

Nie był to pierwszy raz w życiu gdy musiałem zastanowić się: co jest gorsze dla świata, podgniła prawica czy skretyniała lewica? To ważne pytanie polityczne. Niestety, do dziś nie znam poprawnej odpowiedzi.

Zajmijmy się więc łatwiejszymi pytaniami. Ostatnim razem pokazałem wjazdy na UFSC w czasie strajku z 2002, z lekka zablokowane ładunkiem ziemi z jednej czy dwóch wywrotek i zapytałem: kto na tych blokadach wygrał najwięcej pieniędzy?

Ścieżka do odpowiedzi: kilkaset osób próbowało pracować. Spora ich część przyjechała do pracy samochodami i blokada zaskoczyła ich. Zostawili więc samochody na chodnikach otaczających uniwerek, jako że szerokość jezdni wokół terenu uczelni nie dopuszcza zaparkowania na ulicy. Na ogół policjantom nie chce się jechać a potem zsiadać z motocykla tylko dla spisania jednego jedynego mandatu. Ale trzydzieści mandatów za jednym zamachem przy każdym z wjazdów na UFSC to inna sprawa. A więc …

A więc ostatnio sugerowałem, że następnym razem (czyli teraz) zająłbym się opowiadaniem o brazylijskich służbach publicznych. Ale przeczytałem przed paru dniami o podwarszawskiej strzelaninie. Zaminowana posesja, granaty przeciw policji, bandyci z wojskową strukturą. Wydaje się, że to Baixada Fluminense czyli wielomilionowe zadupie w pobliżu Rio de Janeiro. Przemyślałem od nowa stosowność umieszczania moich informacji. Przecież wpadną państwo w depresję: „kończy się opowiadanie o zabójstwach i bandytach, zaczyna się historia o korupcji i niekompetencji, o kumoterstwie i głupocie? Przecież czytamy o tym codziennie, po co ten człowiek jechał tak daleko. Tu ma to samo bez płacenia za bilet samolotowy”. Więc w miejsce narracji o plagach brazylijskich może by podrzucić coś dla pokrzepienia serc? Najlepiej pokrzepia serce armaniak, ale nie umiem wlewać trunków do internetowych pisanek, więc muszę wymyślić coś innego. Nie jest łatwo, ale Brazylijczyk potrafi. Więc opowiem państwu o podobieństwach między latynosami i latynosami.

Gdy mówi się Brazylijczykom, że są latynosami, to najpierw dziwią się a potem często przechodzą wprost do irytacji, szczególnie gdy ktoś skarży się, że na lotnisku w São Paulo nie rozumiano jego hiszpańskiego. Mnie, nowo-Brazylijczyka często drażnią mądre artykuły cytujące dane ekonomiczne i socjologiczne z Ekwadoru i Urugwaju i wyciągające stąd głębokie wnioski o przyszłości Brazylii. Zacznę więc powolutku i na paluszkach moją działalność pedagogiczną z nadzieją, że gdzieś tak za rok łatwiej będzie odróżniać Brazylię od jej sąsiadów.

Chyba dobrym wstępem byłoby opowiadanie o społecznych poczynaniach pani Marii, żony komendanta Piłsudskiego. Otóż ta przepiękna kobieta była uwielbiana przez masy biednych ludzi dzięki swym akcjom charytatywnym. Ale rozdawanie dóbr kosztuje. Więc popularna Maryla spotykała się z bogatymi przemysłowcami, prosząc o dobrowolne datki na jej potrzeby. Większość z nich zdrowo analizując sytuację przychylała się do jej próśb. A kto się nie przychylał, nocą był aresztowany i w ciupie, o chlebie i wodzie, szybko mądrzał. Po paru dniach prosił o powiadomienie Maryli, że już dojrzał do pogrubienia jej sakiewki i wychodził natychmiast z państwowego więzienia.

Że co? Że bzdury i znieważenie? Spokojnie, to taka cyrkowa sztuczka, inwersja imion i miejsc, dla szybszego uzmysłowienia sobie co jest czym. Ja nie mówię o pani Marii Juszkiewicz ale o Evie Duarte. W Polsce nigdy nie było Evity? No właśnie, w Brazylii też jej nie było. Ale była w Argentynie - i to jest spora różnica między dyktatorami Józefem Piłsudskim i Getúlio Vargas z jednej a Juanem Peron z drugiej strony. Czytając życiorysy tych pierwszych dwóch panów trudno odkryć czy w ogóle byli żonaci.

To takie ważne co wyrabiała Evita? Fundamentalne. Przemysłowcy to inteligentni i sprytni ludzie i rozumieją w lot co wiatr niesie. Szybko przystosowują to do swoich praktyk, a że tracenie pieniędzy nie jest ich ulubionym zajęciem, nauki otrzymane od polityków zręcznie obracają w wieloletnie zyski. I to jest jedno ze źródeł argentyńskiej kultury gospodarczej. Oczywiście w innych krajach (łącznie z Polską i Brazylią) różne sztuczki zawsze były znane i nie trzeba było do tego nauczycielki Evity - ale chodzi tu o skalę. O to kto zaczyna ten łańcuszek wydajnych obyczajów. O to jak bardzo gra się w otwarte lecz fałszowane karty.

Aby uniknąć argentyńskich protestów, że zniesławiam ich pomniki narodowe, podkreślam, że wiem: tak, kiedyś pani Eva Duarte była uczciwą, kompetentną i cenioną w swoich kręgach specjalistką od usług erotycznych. Ale przy długim współżyciu z dyktatorem łatwo się skurwić.

A o żonie dyktatora Getúlio Vargas znam tylko jedną anegdotę. Getúlio późnym wieczorem ma w domu niespodziewaną wizytę ministra Marynarki. Ten pan w mocnych terminach skarży się na swego kolegę, ministra Ekonomii. Getúlio słucha uważnie, kiwa głową i w końcu orzeka: „mój drogi, ma pan rację, ma pan zupełną rację”. Uspokojony minister opuszcza pałac - ale po półgodzinie pojawia się inna wizyta. Tym razem to minister Ekonomii, skarżąc się na ministra Marynarki. Getúlio słucha, słucha, w końcu mówi: „szanowny ministrze, ma pan rację, ma pan pełną rację”. Drugi gość opuszcza pałac w spokoju i z uśmiechem - a w pałacu żona prezydenta odzywa się w te słowa: „Getúlio, nigdy nie wtrącam się do twoich interesów, ale obie rozmowy toczyły się w mojej obecności. Muszę ci powiedzieć, że to dla mnie absurdalne. Dwóch ministrów mówi zupełnie odmienne rzeczy a ty obu ich popierasz, mówiąc że mają oni rację. Przecież to nie ma kropli sensu!” Getúlio wysłuchał jej w milczeniu, opuścił nieco głowę i powiedział: „kochana, masz rację, masz kompletną rację”.

No tośmy sobie pogawędzili. Para hoje chega (praożi szega, na dzisiaj wystarczy). Aha, podoba mi się pomysł zostawiania zagadki na koniec gawędy. To jest taka technika internetowo-interaktywna, wymyślona zresztą już przed kilkuset laty. Proponuję na dziś takie pytanie:

czego nie miał na myśli pólnocno-amerykański generał Philip H. Sheridan, gdy powiedział w 1869: „jedyny dobry Indianin to martwy Indianin”?
No dobrze, nie będę męczył państwa i podam natychmiast odpowiedź: po pierwsze, generał nie parodiował nazistów. A po drugie, jemu naprawdę chodziło o współmieszkańców jego kraju a nie o jakichś Irakijczyków.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu