Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Obsługa klawiatury, akcenty i dwukropki:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

z 20-go felietonu, 11/III/03

Na dnie z honorem lec

Opowiedział mi Wojtek Kubalewski o zdarzeniu, które przegapiłem w wiadomościach. Jednodniowa akcja The Virtual March on Washington, „Wirtualny Marsz na Waszyngton” czyli ponad milion telefonów i faksów do Senatu i Białego Domu w osiem czwartkowych godzin, dnia 26/II/03. Średnio dwa telefony na minutę na każdy istotny numer.

Dziwnie znajomo mi to zabrzmiało.

Było to w 1979 roku. Mój pierwszy rok w Brasílii i pierwszy duży strajk studencki. Pochody i demonstracje, na uczelni i w pobliżu. Rozsądne wymogi przemieszane z żądaniami, by prezydent i ministrowie poddali się do dymisji, dobrowolnie poszli do więzienia i wyznali wszystko o kontach w Szwajcarii. Coś jakby wykład z fizyki cząstek elementarnych w jednej sali ze spektaklem opery buffo.

Łapię na jednym z tysiaca ichnich zebrań czołówkę strajkową i mówię: „chcecie wygrać?” „Chcemy i wygramy i skończymy z opresją człowieka przez człowieka i brutalnym imperializmem …” Na co ja: „Gratulacje, sam Jezus Chrystus nie powstydziłby się rozległości programu. Ja mam dla was coś znacznie mniejszego. Ale też ma swój urok. Za trzy dni Ministerstwo Oświaty zaproponuje wam negocjacje. Chcecie?” Zaciekawiło ich to na chwilę.

Wyjaśniłem im plan. Przy wejściu do Ministerstwa jest zatłoczony pokoik z telefonistkami. Źle płatne, upokorzane, przepracowane. W ciągu godziny rozmowy w czasie przerwy obiadowej (słuchając, nie gadając) zaprzyjaźnicie się. Za dwie godziny dostaniecie pełną listę telefonów Ministerstwa, łącznie z najbardziej zastrzeżonymi telefonami pana Ministra (ozdóbki politycznej) i Secretário Executivo (vice-ministra, prawdziwego ośrodka władzy). W tym czasie wasze ekipy wykupują w całym mieście żetony telefoniczne. Wieczorem zaczynacie rozdawać setkom studentów papierki. Na papierkach losowo przesortowane zestawy z pięciu numerami telefonów. I jutro studenci zaczynają dzwonić od punktualnie ósmej rano. Widzi telefon publiczny, chwyta za słuchawkę, wrzuca żeton i zawsze uprzejmie pyta czy rozmówca mógłby przekazać prośbę szefowi, by on przekazał prośbę panu Ministrowi, że dobrze by było przedyskutować z Komitetem Strajkowym program rokowań. I czy oni mają jakieś sugestie w sprawie programu studentów.

Następnego dnia urząd telefoniczny przeprogramuje system i z publicznych telefonów nie będzie połączenia do Ministerstwa. Ale każdy student już załatwi sobie dojście do jakiegoś urzędu, skąd odstrzeli przynajmniej jeden równie uprzejmy i rzeczowy telefon. Wieczorem w telewizji któryś z ministrów – może od administracji publicznej – powiadomi ludność Brasílii o straszliwych karach dla każdego kto pozwoli na nieupoważnione rozmowy z telefonu służbowego, przypuszczalnie poćwiartkowanie i przepadek mienia. Dlatego trzeciego dnia wszyscy dzwonią z telefonów cioci, narzeczonej, z własnego. Oczywiście policja sporządzi listę tych numerów ale oczywiście lista będzie tak długa, że lektura jej zajmie parę lat. Zresztą, po trzecim dniu w Ministerstwie będzie nastrój buntu na pokładzie i urzędnicy trzymając ministra za ucho zaciągną go na rokowania.

W oczach paru wśród zgromadzonych zaczynało coś zabawnego błyskać i przyznawali, że ci Polacy nie są tacy głupi. Ale bardziej doświadczeni towarzysze walk szybko się opamiętali i odzyskali inicjatywę. Może to i racja, że doszłoby do jakichś negocjacji, ale to bardzo mało warte. W ten sposób nigdy byśmy nie zwalczyli północnoamerykańskiego imperializmu i nie wprowadzili rządów pracującego ludu. I takie burżuazyjne rozwiązanie pomija problem naszych kubańskich braci w ich nierównej lecz słusznej walce.

Nie był to pierwszy raz w życiu gdy musiałem zastanowić się: co jest gorsze dla świata, podgniła prawica czy skretyniała lewica? To ważne pytanie polityczne. Niestety, do dziś nie znam poprawnej odpowiedzi.