Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
Obsługa ekspresu, młynka i cukierniczki:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 24, 8/IV/03

Floripa z bykami

Czy przypominają sobie państwo moje złośliwości o drzwiach autobusowych z siódmego bloku? Otóż mam dla państwa świeżą informację: postęp istnieje. Umieszczone poniżej dwa zdjęcia jasno tego dowodzą. Proszę zwrócić uwagę na ich wręcz nachalny symbolizm: przeszłość odjeżdża w mrok nocy, przyszłość zbiera się do jazdy w blasku słońca.

 

Ale ambitny zamiar napisania na autobusie po angielsku „autobusowy zad” jeszcze nie doczekał się szczęśliwego końca. Obecnie widzimy tu postępową wersję backbus, co da się przetłumaczyć jako „tylni autobus”.

Ech, gdyby sprzedawano gdzieś zastrzyki angielskiego … Ale jeszcze bardziej przydałyby się zastrzyki współczucia. Szkolne wychowanie zdaje się czynić zbyt powolne postępy, co widać w mojej okolicy. Zbliża się kolejna Wielkanoc i znowu nadchodzi tu farra do boi.

Jak to oddać po naszemu: gonitwa za bykiem? Bycza rozrywka?

Zaraz opowiem o co tu chodzi (a raczej: dlaczego biega się tu za bykiem) ale najpierw wyjaśnię gdzie mieszkam: w mieście „Florianópolis” czy też we „Floripie”. Jeśli ktoś z państwa zna już tę historię (bo słyszał ją gdy to opowiadałem w innym gronie) to proszę bardzo, może wyjść na papierosa, chociaż wyjście z nałogu byłoby bardziej zalecane.

Otóż w końcu XIX wieku dzielni republikanie zdobywają monarchistyczną wioskę rybacką Nossa Senhora do Desterro. Dla upamiętnienia wojskowego sukcesu marszałek Floriano Peixoto wywiesza na słupach orli morskiej kilkudziesięciu zwyciężonych monarchistów. Z wdzięczności osada przemianowuje się na Florianópolis. W brazylijskich podręcznikach historii stoi, że marszałek był narodowym bohaterem. W tym mieście te kawałki podręcznika czytane są nieco ściszonym tonem (powieszeni czasami mieli te nazwiska co i dzieci w klasie) i raz na dziesięc lat ktoś podnosi głos, że należy wrócić do dawnej nazwy miasta.

Jeśli ktoś używa pełnej nazwy miasta to jest natychmiast zidentyfikowany jako turysta. Tubylcy mowią „Floripa”.

Przemysłowa część miasta leży na kontynencie. Wyspa (Ilha de Santa Catarina) z trzydziestu iluś tam plażami była za przed-rybackich czasów miejscem zesłania wiedźm i czarowników. Dlatego nazwa z adresu mojej witryny (ilha da magia) jest dwuznaczna.

Trzeba oddać wiedźmom sprawiedliwość: ponad 200 lat wysiłków przy usuwaniu mata atlântica czyli miejscowych lasów, a także miejscowych małpiaków i innych zwierzątek, doprowadziło do sporego zapaćkania wzgórz i dolin współczesną odmianą jaskiń:

Po wiedźmach i czarownikach przybyli Argentyńczycy. Ich pieniądz był tyle wart co dolar (choć w Stanach na dolara trzeba zapracować w firmie, a w Argentynie najczęściej dostawało się go od rządu) i zjeżdżali do Świętej Katarzyny w dawkach półmilionowych na każde lato. Wielu z nich poddawało się czarom Wyspy Świętej Katarzyny i okolicznych wyspiątek. Wykupywali tu tereny, domki oraz mieszkania w blokach przy plażach no i w czasie wojny o Falklandy (czy też o Malviny) znalazło to odbicie w znanej tu karykaturze. Ożywiony Argentyńczyk (znak rozpoznawczy: sandały z białymi skarpetkami) krzyczy „las illas son nuestras!” (wyspy są nasze!) „Malviny?” pyta współczująco Brazylijczyk. „Nie, Świętej Katarzyny!”

Potem przyszła potężna i znająca się na interesach sieć TV Rede Globo. Porobiła inwestycje w nieruchomościach, po czym nagrała mini-serial o miejscowych wiedźmach „Wyspa magii”. A później we wszystkich ichnich serialach dobrze ubrani bohaterowie wchodzili do banku Itaú, błyskawicznie załatwiali super-transakcje i zawiadamiali o wyjeździe na wczasy we Florianópolis. Ceny tutejsze szły w górę, średnia klasa szła na wzgórza, w stronę faveli.

Potem pojawił się czynnik Guga. Gustavo Kürten, tenisista. Osiedle Costa do Santinho na wyspie a także jego okolice zajęły korty, szkółki tenisowe i domki milionerów z innych stanów, umieszczających tu swoje dzieci, by codziennie 6 godzin machały łapkami z rakietą. Fajnie, gość w dom, Bóg w dom.

Ale ostatnia fala napływowa jest mniej pożądana. Podobno znakomita część terenów w pobliżu pięknej Lagoa da Conceição jest wykupywana przez dużej klasy handlarzy. Tych od towarów z Kolumbii i to raczej nie kawy. Wygląda na to, że Floripa stanie się sławna na cały świat. Coś jakby nadmorska Cali. Ekonomicznie poradzi sobie z tym. Jeśli port w Itajaí przepuszczał już jedną trzecią krajowej produkcji ziaren soi, to nie wystraszą go ładunki kolumbijskiej mączki.

Gdy tv zalewała kraj „wyspą magii”, miejscowe kościoły protestanckie kontratakowały nalepkami do samochodów mówiącymi Ilha de Jesus. Ale tym panom od narkotyków nieszczególnie to przeszkadza.

Wracając do naszych byków. Tutejsze wyrażenie vaquinha czyli krówka oznacza składkę. Ciekaw jestem czy to nie wzięło się stąd. A raczej z Azorów. Lud przed Wielkanocą składa się, kupuje byka i trzyma go w zagrodzie - po to by pewnego dnia puścić go luzem i goniąc za nim dręczyć go aż do uśmiercenia.

Między wiedźmami a Argentyczykami był tu kiedyś najazd ludności z Azorów. Tak jak cała Santa Catarina, Azory są wulkanicznego pochodzenia, więc ci ludzie poczuli się tu jak u siebie na wulkanie i osiedlili się w różnych częściach SC. Spora ich część zatrzymała się na wyspie. Miejsca tu nie brak, ma ona prawie 440 km2. No i przynieśli tu swoje rozrywki.

Kiedy moi studenci pierwszego roku wołani są przez swoich starszych kolegów na sesje tortur - malowanie ubrań i włosów farbami, jajkami i mąką, przymuszanie do żebrania i inne studenckie wtajemniczenia, mówię im: „nie wierzcie, że to taka tradycja. Tradycja to przekazywanie kultury poprzez pokolenia. Kultury, nie zdziczenia. Rozumiałbym co by znaczyła historia upodlenia ale wydaje mi się sprzecznością terminologiczną mówienie o tradycji upodlenia.” Ale często słyszę (choć nie bezpośrednio od nich), że kto nie poddaje się owym zabiegom jest jakoś naznaczony i nie włączają go do studenckich kręgów towarzyskich.

Jeśli takie mechanizmy działają w przyszłej krajowej elicie, to czego spodziewać się od zabiedzonych ludzików z zapomnianych przez świat gospodarstw? Przecież zawsze ganiali za bykiem. O, ten radny, fajny chłop, znowu kupi nam byka. Świetnie, w piątek będzie farra. Młodzi i starzy ganiają za wybiedzonym bykiem, policja biega za nimi, nikt nie biega za radnym. Gazety mogą przygotować materiał z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, immer wieder, immer wieder, „kultura” z Azorów, na cały kraj niosąca niesławę paru gminom Świętej Katarzyny. To takie koło historii. Kiedyś pisaliśmy w bajce z Jasiem, że każde toczące się koło kiedyś musi się urwać ale czy przedtem tyle zwierząt musi być zamęczonych … Największy kłopot nie w zwierzętach ale w dręczycielach, którzy rosną na sadystów. Zobaczymy, czy nowy gubernator będzie takim populistą jak Amin czy też może poprosi policję, żeby ganiała za radnymi.

Zacząłem od miejskich autobusów to i na nich ten blok zakończę. („Autobus jako literacka klamra spinająca rozproszone fakty” - czy państwo już widzieli coś takiego w krajowej literaturze?) Czasami przemyka ulicami jakiś niewydarzony autobus w bieskim kolorze (bieski to „nie niebieski”), ale w ciągu mego pobytu tutaj firma „Transol” zdominowała miejski transport. Przez zupełny, absolutnie niewiarygodny zbieg okoliczności jej właścicielem jest były gubernator, były senator, były burnistrz i jeszcze bylszy miejski szef od miejskiej komunikacji, sławny tu Espiridião Amin.

Przed siedmiu laty jego żona Ângela Amin dobijała się do burmistrzowania we Floripie. Akcja toczyła się z przychylnym akompaniamentem rządu federalnego, pełnego przyjaciół senatora Amina. Dyskretne to było jak muzyka Mahlera i w pełni udane, komunistyczny konkurent (doskonały zresztą burmistrz) został wysiudany. Jedną z obietnic wyborczych Pani Senatorowej, spełnioną w trzy dni po wyborach (czyli w parę miesięcy przed objęciem władzy) było wprowadzenie w mieście autobusów papa-filas czyli pożeraczy kolejek. Krótko mówiąc, autobusów przegubowych.

Długaśne autobusy nie mieściły się w większości pokrzywionych miejskich tras. Dało to powód dla gruntownej przebudowy ulic. Przy okazji poprawilo się wiele błędów popełnionych przed laty przez speca od komunikacji, Espiridião Amina. Na przykład nawierzchnie w miejscu dawnych bagien, osadzone tak nisko, że przy intensywniejszych przypływach morza zjeżdżały pół metra pod wodę. Ale najzabawniejsze było to, że trzydrzwiowe autobusy zamiast pożerać kolejki tworzyły je. W podobnych autobusach w Kurytybie drzwi są jednocześnie do wchodzenia i wychodzenia. A tu przednie są do wchodzenia (by przecisnąć się przez elektroniczne urządzenia operowane przez znudzonego konduktora) i dwie pary tylnich drzwi do wychodzenia. Co potwierdza starą prawdę, że głównym źródłem problemów są rozwiązania.

O czym wkrótce przekona się mój ulubiony mąż stanu Papinsynek.

Até logo.


<-<-   spis   ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu