Ale ambitny zamiar napisania na autobusie po angielsku „autobusowy zad”
jeszcze nie doczekał się szczęśliwego końca. Obecnie widzimy tu postępową
wersję backbus, co da się przetłumaczyć jako „tylni autobus”.
Ech, gdyby sprzedawano gdzieś zastrzyki angielskiego
Ale
jeszcze bardziej przydałyby się zastrzyki współczucia. Szkolne wychowanie
zdaje się czynić zbyt powolne postępy, co widać w mojej okolicy.
Zbliża się kolejna Wielkanoc i znowu nadchodzi tu
farra do boi.
Jak to oddać po naszemu: gonitwa za bykiem?
Bycza rozrywka?
Zaraz opowiem o co tu chodzi (a raczej: dlaczego biega się tu za bykiem)
ale najpierw wyjaśnię gdzie mieszkam: w mieście „Florianópolis” czy też
we „Floripie”. Jeśli ktoś z państwa zna już tę historię (bo słyszał ją
gdy to opowiadałem w innym gronie) to proszę bardzo, może wyjść na papierosa,
chociaż wyjście z nałogu byłoby bardziej zalecane.
Otóż w końcu XIX wieku dzielni republikanie zdobywają monarchistyczną
wioskę rybacką Nossa Senhora do Desterro. Dla upamiętnienia
wojskowego sukcesu marszałek Floriano Peixoto wywiesza na słupach orli
morskiej kilkudziesięciu zwyciężonych monarchistów. Z wdzięczności osada
przemianowuje się na Florianópolis. W brazylijskich podręcznikach
historii stoi, że marszałek był narodowym bohaterem. W tym mieście
te kawałki podręcznika czytane są nieco ściszonym tonem (powieszeni
czasami mieli te nazwiska co i dzieci w klasie) i raz na dziesięc lat
ktoś podnosi głos, że należy wrócić do dawnej nazwy miasta.
Jeśli ktoś używa pełnej nazwy miasta to jest natychmiast zidentyfikowany
jako turysta. Tubylcy mowią „Floripa”.
Przemysłowa część miasta leży na kontynencie. Wyspa (Ilha de Santa
Catarina) z trzydziestu iluś tam plażami była za przed-rybackich czasów
miejscem zesłania wiedźm i czarowników. Dlatego nazwa z adresu mojej
witryny (ilha da magia) jest dwuznaczna.
Trzeba oddać wiedźmom sprawiedliwość: ponad 200 lat wysiłków przy usuwaniu
mata atlântica czyli miejscowych lasów, a także
miejscowych małpiaków i innych zwierzątek, doprowadziło do sporego
zapaćkania wzgórz i dolin współczesną odmianą jaskiń:
Po wiedźmach i czarownikach przybyli Argentyńczycy. Ich pieniądz
był tyle wart co dolar (choć w Stanach na dolara trzeba zapracować
w firmie, a w Argentynie najczęściej dostawało się go od rządu)
i zjeżdżali do Świętej Katarzyny w dawkach półmilionowych na każde
lato. Wielu z nich poddawało się czarom Wyspy Świętej Katarzyny
i okolicznych wyspiątek. Wykupywali tu tereny, domki oraz mieszkania
w blokach przy plażach no i w czasie wojny o Falklandy (czy też
o Malviny) znalazło to odbicie w znanej tu karykaturze. Ożywiony
Argentyńczyk (znak rozpoznawczy: sandały z białymi skarpetkami)
krzyczy „las illas son nuestras!” (wyspy są nasze!) „Malviny?”
pyta współczująco Brazylijczyk. „Nie, Świętej Katarzyny!”
Potem przyszła potężna i znająca się na interesach sieć TV Rede
Globo. Porobiła inwestycje w nieruchomościach, po czym
nagrała mini-serial o miejscowych wiedźmach „Wyspa magii”.
A później we wszystkich ichnich serialach dobrze ubrani
bohaterowie wchodzili do banku Itaú, błyskawicznie załatwiali
super-transakcje i zawiadamiali o wyjeździe na wczasy we
Florianópolis. Ceny tutejsze szły w górę, średnia klasa szła na
wzgórza, w stronę faveli.
Potem pojawił się czynnik Guga. Gustavo Kürten, tenisista.
Osiedle Costa do Santinho na wyspie a także jego okolice
zajęły korty, szkółki tenisowe i domki milionerów z innych stanów,
umieszczających tu swoje dzieci, by codziennie 6 godzin machały
łapkami z rakietą. Fajnie, gość w dom, Bóg w dom.
Ale ostatnia fala napływowa jest mniej pożądana. Podobno znakomita
część terenów w pobliżu pięknej Lagoa da Conceição jest
wykupywana przez dużej klasy handlarzy. Tych od towarów z Kolumbii
i to raczej nie kawy. Wygląda na to, że Floripa stanie się sławna
na cały świat. Coś jakby nadmorska Cali. Ekonomicznie poradzi sobie
z tym. Jeśli port w Itajaí przepuszczał już jedną trzecią krajowej
produkcji ziaren soi, to nie wystraszą go ładunki kolumbijskiej mączki.
Gdy tv zalewała kraj „wyspą magii”, miejscowe kościoły
protestanckie kontratakowały nalepkami do samochodów mówiącymi
Ilha de Jesus. Ale tym panom od narkotyków nieszczególnie
to przeszkadza.
Wracając do naszych byków. Tutejsze wyrażenie
vaquinha czyli
krówka oznacza składkę. Ciekaw jestem
czy to nie wzięło się stąd. A raczej z Azorów. Lud przed Wielkanocą
składa się, kupuje byka i trzyma go w zagrodzie - po to by pewnego
dnia puścić go luzem i goniąc za nim dręczyć go aż do uśmiercenia.
Między wiedźmami a Argentyczykami był tu kiedyś najazd ludności
z Azorów. Tak jak cała Santa Catarina, Azory są wulkanicznego
pochodzenia, więc ci ludzie poczuli się tu jak u siebie na wulkanie
i osiedlili się w różnych częściach SC. Spora ich część zatrzymała się
na wyspie. Miejsca tu nie brak, ma ona prawie 440 km2.
No i przynieśli tu swoje rozrywki.
Kiedy moi studenci pierwszego roku wołani są przez swoich starszych
kolegów na sesje tortur - malowanie ubrań i włosów farbami, jajkami
i mąką, przymuszanie do żebrania i inne studenckie wtajemniczenia, mówię
im: „nie wierzcie, że to taka tradycja. Tradycja to przekazywanie
kultury poprzez pokolenia. Kultury, nie zdziczenia. Rozumiałbym co
by znaczyła historia upodlenia ale wydaje mi się sprzecznością
terminologiczną mówienie o tradycji upodlenia.” Ale często
słyszę (choć nie bezpośrednio od nich), że kto nie poddaje się owym
zabiegom jest jakoś naznaczony i nie włączają go do studenckich
kręgów towarzyskich.
Jeśli takie mechanizmy działają w przyszłej krajowej elicie, to czego
spodziewać się od zabiedzonych ludzików z zapomnianych przez świat
gospodarstw? Przecież zawsze ganiali za bykiem. O, ten radny, fajny
chłop, znowu kupi nam byka. Świetnie, w piątek będzie
farra.
Młodzi i starzy ganiają za wybiedzonym bykiem, policja biega za nimi,
nikt nie biega za radnym. Gazety mogą przygotować materiał
z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, immer wieder, immer wieder,
„kultura” z Azorów, na cały kraj niosąca niesławę paru gminom
Świętej Katarzyny. To takie koło historii. Kiedyś pisaliśmy
w bajce z Jasiem, że każde toczące się koło kiedyś musi się urwać
ale czy przedtem tyle zwierząt musi być zamęczonych
Największy kłopot nie w zwierzętach ale w dręczycielach, którzy rosną
na sadystów. Zobaczymy, czy nowy gubernator będzie takim populistą
jak Amin czy też może poprosi policję, żeby ganiała za radnymi.
Zacząłem od miejskich autobusów to i na nich ten blok zakończę.
(„Autobus jako literacka klamra spinająca rozproszone fakty” - czy
państwo już widzieli coś takiego w krajowej literaturze?) Czasami przemyka
ulicami jakiś niewydarzony autobus w bieskim kolorze (bieski
to „nie niebieski”), ale w ciągu mego pobytu tutaj firma „Transol”
zdominowała miejski transport. Przez zupełny, absolutnie niewiarygodny
zbieg okoliczności jej właścicielem jest były gubernator, były senator,
były burnistrz i jeszcze bylszy miejski szef od miejskiej komunikacji,
sławny tu Espiridião Amin.
Przed siedmiu laty jego żona Ângela Amin dobijała się do
burmistrzowania we Floripie. Akcja toczyła się z przychylnym
akompaniamentem rządu federalnego, pełnego przyjaciół senatora Amina.
Dyskretne to było jak muzyka Mahlera i w pełni udane, komunistyczny
konkurent (doskonały zresztą burmistrz) został wysiudany.
Jedną z obietnic wyborczych Pani Senatorowej, spełnioną w trzy dni
po wyborach (czyli w parę miesięcy przed objęciem władzy) było wprowadzenie
w mieście autobusów papa-filas czyli
pożeraczy kolejek. Krótko mówiąc, autobusów
przegubowych.
Długaśne autobusy nie mieściły się w większości pokrzywionych miejskich
tras. Dało to powód dla gruntownej przebudowy ulic. Przy okazji poprawilo
się wiele błędów popełnionych przed laty przez speca od komunikacji,
Espiridião Amina. Na przykład nawierzchnie w miejscu dawnych bagien,
osadzone tak nisko, że przy intensywniejszych przypływach morza zjeżdżały
pół metra pod wodę. Ale najzabawniejsze było to, że trzydrzwiowe autobusy
zamiast pożerać kolejki tworzyły je. W podobnych autobusach w Kurytybie
drzwi są jednocześnie do wchodzenia i wychodzenia. A tu przednie są do
wchodzenia (by przecisnąć się przez elektroniczne urządzenia operowane
przez znudzonego konduktora) i dwie pary tylnich drzwi do wychodzenia. Co
potwierdza starą prawdę, że głównym źródłem problemów są rozwiązania.
O czym wkrótce przekona się mój ulubiony mąż stanu Papinsynek.
Até logo.
<-<-
spis
->-> |
Makutryna
| ja:
tu lub
tu