<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu
Proszę państwa, ta zadyszka wcale nie znaczy, że biegłem tu bo zapomniałem o naszym spotkaniu. Ja mogę zapomnieć o państwu w niedzielę i w poniedziałek ale nigdy we wtorek. I to nie zadyszka ale zaparty dech, bo jeszcze nie odsłupiałem po tych trzech wykładach, które dał w Londynie, Edynburgu i Birmingham profesor Vilayanur S. Ramachandran. Czy ganiałem ostatnio po Anglii i Szkocji? Nie, to RealPlayer. Dzięki niemu mogę słuchać streszczenia wiadomości z BBC kiedy mi się chce a nie o entej godzinie zero zero minut. Ale czasami są takie zyski jak te wykłady. Zgoda, oglądanie Madonny z RealPlayer to też duży zysk, ale uważam, że nie oglądanie jej to zysk dużo większy.
Spodziewam się, że czasami wrócę tu do jego nauk. Szczególnie, że w tym tygodniu będzie mówił o zamieszaniu między zmysłami, o metaforach i o pochodzeniu języka. Te metafory dręczą mnie od lat i nieraz imam się książek obiecującymi ujawnić ich tajemnice. Niestety, znajduję tam głównie akademicki bełkot. Coś jakby lista telefoniczna z kupą danych i wtrąconymi stronami mówiącymi jak piękny jest wydawca list telefonicznych. A ja chcę zrozumieć jak nam się przydarzają metafory i analogie, jakim prawem mózg kojarzy piosenkę Cohena z szeleszczącymi liśćmi a morze z miłością. No i zobaczę czy wyniki moich paroletnich wycieczek w teorie pochodzenia języka ustoją się na nóżkach po wysłuchaniu jak to neurologia widzi.
Ale jego uwaga, która dzisiaj wciska się do naszej rozmowy, dotyczy wiktoriańskich reakcji na odkrywaną w XIX w. sztukę Indii. Przykładem jest figura bogini Parvati. Hindusi widzieli w niej wszystkie piękne cechy kobiecości a Brytyjczycy za duże piersi i nierealistycznie wąskie biodra. Wyraźne pomieszanie sztuki z fotografią. No i zabrakło im własnego Gombrowicza. Chociaż Wielka Brytania z owej epoki załatwiliby się z Gombrowiczem po swojemu. Przemilczeliby go na śmierć.
Tak czy inaczej, nie wystarczy widzieć. Trzeba mieć jeszcze właściwy filtr. Można go otrzymać rodząc się w odpowiednim miejscu. Można go nabyć przez wykształcenie. I użycie niewłaściwych filtrów bywa zabawne.
Widziałem kiedyś taką scenę UFSC. Dwóch robotników budowlanych przyglądało się ze strasznie zgorszonymi minami temu malunkowi na ścianie:
Spoza zaciśniętych ust wydobywało się wyraźnie akcentowane cachorrada („kaszohada”). Czyli niby świństwo. Być może wiedzą państwo czemu tu zgromadzenie psów czyli cachorros kojarzy się z czymś nieprzyzwoitym. Jeśli państwo nie wiedzą to cierpliwości, mama to kiedyś wytłumaczy albo obserwacja życia na ulicy wizualnie wyjaśni. Ale czemu oni dostrzegali tu świntuszenie, choć w oczywisty sposób nie ma tu żadnych splątanych ogonów ani innych nieprzystojności? Podejrzewam, że to powszechna reakcja, wyrażanie „nie rozumiem” zwrotem „co za obrzydliwość”.
Na uniwerku czasami zaglądałem do konkurencji. Raz do gramatyków, innym razem do prawników, ale brakło czasu na wykłady z Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Dlatego naukowego oglądania obrazów uczyłem się później.
Piękną lekcję dostałem kiedyś od Philipa Rieffa, psychologa i socjologa. Wyjaśnił tak prosto nagość tych pań z Koncertu wiejskiego z malunku Giorgione. Mają wstyd na twarzy z powodu własnej nagości? Nie. Dlaczego, czyż nie jesteśmy splamieni grzechem pierworodnym? No właśnie, one nie, to są boginie. Więc przejdźmy do Edouarda Manet, Śniadanie na trawie. Te panie wyglądają na boginie? Ani trochę, to prostytutki zatrudnione jako modelki. Ach, więc to taki protest, poniżanie wiecznych po to, żeby odegrać się na współczesnych?
Droga z dobrym nauczycielem jest gładsza, ale nawet mistrz nie robi cudów. Zdębiałem gdy wyczytałem gdzieś, że ideolog surrealizmu (a szokował w sztuce, w polityce, mówiąc o seksie, o czymkolwiek ) André Breton upozował się wedle nakazów malunku impresjonisty przy własnym ślubie i bodaj zachowane są fotografie tego niecodziennego obrządku. Ciekaw jestem co to było: uświęcanie obrazu Maneta przez ponowne odwrócenie wartości, wykpiwanie ceremonii czy jedynie epatowanie znajomych.
Ile zawdzięczam tym co umieli uczyć! Przypomniałem sobie jak Witold Roter przyjechał na naszą Zimową Szkółkę Matematyczną. Tak zagrypiony, że na pograniczu zapalenia płuc. Wyleczyliśmy go natychmiast setką. A może dwoma. Podszedł do tablicy i łupnął wykład z geometrii różniczkowej jakiego nie widziałem ani przedtem ani potem. Wyjaśnił w dwie godziny to czego nie zdołał przekazać przedtem w semestralnym kursie. Później często pokpiwaliśmy sobie, że może by tak podleczyć antygrypowo naszych wykładowców.
Albo Korcz. Posadził nas (córkę Jadzię, Hankę Maciejewicz i mnie) w swojej bibliotece i rzekł: „przygotuję was z historii do matury. Ale przedtem powiem wam jak to było naprawdę. Macie to dobrze zapamiętać ale nie możecie pisnąć o tym słowem w szkole.” W istocie, gdybyśmy otworzyli dzioby to znowu by go wysłano na Sybir.
Powiedzą państwo: „jeśli wiesz, że to ważne być prostym i łatwym to czemu ten nasz kurs jest taki trudny i zagmatwany?” Kochani, bardzo mi przykro jeśli ktoś od czasu do czasu ma ochotę odejść od monitora bo uważa, że moje zdania są za długie, treści zbyt surowe a wnioski niejasne. Chciałbym być jak ta baletnica, co lekko odbija się od desek sceny i szybuje jak ptaszek. Przepis na to znam: mnóstwo talentu i 8 godzin pracy dziennie od trzeciego roku życia. Ale. Brak mi paru elementów. Tak, czasami potrafię błysnąć. Przygotowanie do półsekundowego błysku może mnie kosztować trzy miesiące zastanawiania się. Jeśli nasze spotkanie zapisałoby się na pięciu foliach A4 (czyli coś, co Alistair Cooke zdołałby odczytać w piętnaście minut) to wypolerowanie jednego tekstu zajęłoby mi koło 450 lat. I nie byłby to kurs wtorkowy ale półmilenijny. A ja lubię wtorkowe spotkania z państwem.
Tak, tych parę prostych rysunków o szkolnej matematyce z mojej
witryny to całkiem dużo pracy. Bardzo mi miło gdy dostaję czasem
potwierdzenie, że komuś przydaje się to. Dzięki temu widzę, że udaje mi się
spłacać część długu zaciągniątego u moich Mistrzów. Ale wyciągam to teraz
nie dla powiedzenia: „lubię gdy mnie lubią, lubcie mnie więcej”. W tym
wątku jest zaplątana dużo ciekawsza i mądrzejsza kwestia.
W jednym z ostatnich jakże miłych listów mój przyjaciel pisze:
no to jak, czy nie ma tu sprzeczności? Z jednej
strony mówisz, że nie wierzysz w nauczanie
a tylko i wyłącznie w uczenie się -
a z drugiej strony wkładasz tyle czasu i wysiłku,
by uczynić jakiś wywód prostszym czy jaśniejszym.
Odpowiem jasno i prosto: nie ma.
Nie wyszło to jasno? Dobrze, rozwiodę się trochę nad tym. Proszę
państwa, często słyszę od moich kolegów wydziałowych rozważania o tym czego
oni nie robią, żeby ich studenci potrafili coś tam zrozumieć. Tak, to jest
codzienne i w innych miejscach. Często widzę i słyszę to od teoretyków
dydaktyki. A ja nie mam takich kłopotów. Nie zawracam sobie głowy tym co
mój student może a czego nie może zrozumieć.
Mam dużo ważniejszy problem do rozwiązania: co robić,
żebym ja zrozumiał to o czym mam mówić.
Pedanteria, perfekcjonizm, obsesyjne nawracanie do rozwiązanych już kiedyś
problemów to moja obrona przeciw omamom zrozumienia. To najgroźniejsi
nieprzyjaciele myślącego człowieka, te widma oblepiające mózg papką
samozadowolenia i uciekające w nicość z naszą prawdziwą szansą na
dojście do sedna sprawy.
Na ogół gdy sam dla siebie zrozumiem o co chodzi, jakoś tam znajduję
sposób na przedłożenie tego innym osobom.
Każdy przyzwoity fachowiec powinien mieć to podejście ale
Przypomniało mi się zdanie z otrzymanego przed paru dni listu Jurka:
[dla wielu autorów] punktem wyjścia do pisania podręczników jest
przesłanka, że student jest idiotą. Następnie studenci mozolną pracą
udawadniają poprawność przesłanki - w czym im te podręczniki bardzo
pomagają.
To siedzi głębiej niż matematyka, nauczanie czy uniwersytet. Musiałem zastanowić się nad tym czytając przed laty Rozważania o historii Witolda Kuli. Nie, proszę państwa, nic mi się nie pokićkało. Wiem, że historyk to Marcin Kula. Ja mówię o jego ojcu, historyku. W tomiku był błyskotliwy esej, napisany koło roku 1950, Gusła. Wyprzedził o co najmniej 20 lat zalew publikacji o zbieżnościach między komunizmem a chrześcijaństwem. No i wynik rozważań, ku którym pchnął mnie Witold Kula, zmieścił się w krótkim zapisie w moim notatniku. „Komunista mówi: «świat jest pełen zła; żeby go poprawić muszę zmienić ludzi»; chrześcijanin mówi: «świat jest pełen zła; żeby go poprawić muszę zmienić się».
Przy okazji. Prosiłbym nie wyciągać z tego akapitu wniosku, że zbłąkana owieczka nawraca do chrześcijańskiego domu. Lub że uznaję wyższość ducha, którym od tysiąca lat państwo nasze ma stać, nad buddyzmem, islamem i innymi obcościami. Czegoś takiego nie mówię i nie myślę. Myślę, że komunizm to zwyrodniała odnoga chrześcijaństwa ale i jego normalny nurt nie zawsze mnie pociąga. Co więcej, prof. Ramachandran, przypominający w każdym wykładzie o swoim dziedzictwie z Indii, jest mi mentalnie bliższy niż połowa rodaków. Mhmm, wydaje się, że nie jestem dobrym wzorem na Matkę-Polkę. Ale we Floripie nikt tego ode mnie nie wymaga.
Até logo.
<-<- spis ->-> | Makutryna | ja: tu lub tu