Zdalny kurs portugalskiego (z wymową brazylijską).
myślnik i kropka:

Andrzej Solecki, Florianópolis, SC, Brazylia

<-<-   spis   | Makutryna | ja: tu lub tu

Blok 100 , 10/V/05

Setny kawał(ek)

Powszechne to wśród staruszków zdarzenie, że wdają się w dyskursy o sobie. A gdy setki dobiegają nie wypada wyłączyć ich trafną uwagą: „a wybierz ty jakiś ciekawszy temat”. Trzeba grzecznie znieść ględzenie o tym, co, gdzie i jak strzyka.

Oj, strzykało mnie okrutnie, drodzy państwo, i wszystko (lub prawie wszystko) tu opowiem. Ale morał publiczny z tego wyniknie i może zamiast jubileuszową zgagą stanę się sztandarową postacią dziadowskiego ruchu, popularnym trybunem postrzykanych i zgiętych.

Na zamieszczonym poniżej zdjęciu sprzed dwóch miesięcy jestem bez makijażu czyli retuszu, bo zdjęcie idzie do dokumentu. Żeby łysinę mą dostrzec trzeba stanąć z tyłu monitora lub nad nim, ale (cytując mego syna z niemiłych mu momentów) nie chcę o tym mówić. A chcę mówić o strzykaniu.

Gdy półtora roku temu zgromadziło się tyle problemów z kręgosłupem Vanildy (kulszowy nerw, dyskopatia), że potrzebowała cyklu wizyt u masażysty, oglądając anatomiczne diagramy na ścianach u Marco uświadomiłem sobie, że ze mną też nie było dobrze. Traktuję niskorefleksyjnie różne niedomagania i nie układam ich w logiczne ciągi, ale rzecz sama się ułożyła. Od paru lat miewałem dostatecznie silne bóle, by budziły mnie; nie potrafiłem wyciągnąć do góry lewej ręki; zdejmowanie przyciasnej (coraz przyciaśniejszej) koszuli stawało się operacją wywołującą serię grymasów i syków. Coś tam było niedobrze ze mną. Marco bez trudu wyszukał we mnie różne oznaki zwapnienia.

Przymuszony do przemyśleń podjąłem decyzję. Fizyczna naprawa stała się najważniejszym zadaniem, wszystko inne musiało być temu podporządkowane.

Zaczął się taki nawał zadań na każdy dzionek jakiego jeszcze w życiu nie miałem. Nie chciałem i nie mogłem rzucić pracy, żony lub dzieci. Nie zamierzałem ograniczyć innych działań, więc dni stały się zagonione a noce krótkie. Na szczęście organizm potrafił znaleźć słuszne rozwiązanie: wewnętrzny głos powiedział mi, żebym nie przejmował się.

Rzadko miewałem szansę na polenienie się. W nowej sytuacji zupełnie oddaliłem się od tropikalnego rytmu życia. Niezbędne działania były (i są) bardzo czasożerne. Nie wdam się w nudne wyliczenia miar, wag i długości, jedynie powiem, że zasadniczym elementem są dwugodzinne spacery, a dwugodzinny spacer trwa dwie godziny. To cholernie dużo czasu.

Ze sporą satysfakcją zauważę, że niewiele zobowiązań zawaliłem. Raz obiecałem dzieciom plażę i nie zawiozłem ich, raz nie posłałem bloku na Makutrynę, raz z niedospania poplątałem dni tygodnia i nie pojawiłem się o oznaczonej godzinie na wykład. Koszty w miarę niskie.

Po kilkunastu miesiącach i po zaniku kilkunastu kilogramów jest jasne, że wygrałem, ale powrót do naprawdę sensownej formy może potrwać dużo dłużej niż myślałem. Na początku ustawiłem sobie jako poprzeczkę okres dziewięciu miesięcy. Nie chodziło o ciążę mentalną ale symbol zawarty w dacie zwanej „koniec roku”. Czyli: wygrałem, ale w rytmie slowfoxa a nie jive'a. Technika? Oprócz chodzenia: gimnastyka z rana (w te dni, które posiadają ranki), siłownia z ich normalnymi zestawami ćwiczeń oraz z gimnastyką zwaną tu alongamento (wydłużanie). Cykl masaży z najdziwniejszymi technikami. Marco wiecznie aktualizuje się, więc raz to jawi się masaż sporymi kamieniami, raz to jakieś pachnące maści, akupunktura - i pierwszy raz od dzieciństwa powrót do baniek. Ale wtedy bańki stały a nie jeździły mi po plecach.

Ponadto, zamknięcie gęby na wszelkie przekąski, rozwód z napojami gazowanymi, tłuszczami, obfitymi kolacjami, chlebem, margaryną i mnóstwem innych rzeczy, które można sobie łatwo wymyślić bez lekarza czy dietetyka, czyli tak jak Vanilda i zrobiliśmy to. Tak, jej biologiczne wykształcenie przydało się tu. I parę lekarstw - chlorek magnezji i magnezja sama w sobie. To dla poradzenia sobie ze źle rozprowadzonym wapniem.

Ach, tak. Smarowidła marek Natura oraz Mary Kay. Przez lata wystawiałem skórę na wszelkie słonka (w Fortalezie miałem parę stopni od równika) i ani mi były w głowie filtry przeciwsłoneczne. Teraz trzeba to odrabiać.

Czemu opowiadam o tym? Żeby dodać otuchy tym, co jej potrzebują. Nierzadko słyszę kwękanie, że jest za późno na to czy na tamto i nawet Vanilda (która wie, że nie bawię się obietnicami) powątpiewała czy w moim wieku potrafię pozbyć się nadmiernej okrągłości formy. Dla mnie nie miało znaczenia, że na początku procesu byłem już po sześćdziesiątce.

Ubocznym efektem mego doświadczenia jest wyczulenie się na wygląd i ruchy osób widzianych na ulicy. Wiedząc trochę o najróżniejszych schorzeniach i symptomach związanych z kręgosłupem i kośćmi niekiedy kojarzę dziwny nieco krok czy wygląd z możliwymi kłopotami z kręgami. Czyni mnie to ociupinkę bardziej wyrozumiałym. Dawniej, widząc kogoś idącego z miną jakby mu cały świat obrzydliwie pachniał, myślałem o arogancji, teraz podejrzewam ostre bóle nad pośladkiem.

Powinienem wspomnieć o paru czynnikach, które pomogły mi wygrać ową rozgrywkę. A więc, wygrałem już kiedyś parę ważnych i długich gier. Pomaga to wierzyć, że wygra się i tym razem. O co chodzi? A takie tam różne. Na przykład przebudowanie się kulturystyką przez szesnastolatka. Czy rzucenie palenia przez czterdziestolatka.

Po drugie, współpraca żony bardzo pomogła. O ile łatwiej było dzięki temu, że oboje mieliśmy te same pojęcia o napojach i posiłkach.

Kwestia finansowa nie jest tu kluczowa, ale ona jest niekluczowa dla kogoś, kto jest poza oficjalną linią biedy. Gdybym zarabiał jak nauczyciel z tutejszej podstawówki, nie mógłbym opłacić Marco za masaże ani zwracać większej uwagi na typ kupowanej żywności.

Moja praca nie była mi zawadą. Niemiło jest kończyć robótki późną nocą, ale mam tę opcję - a sprzedawca w sklepie nie potrafi przełożyć swoich działań na nieco po północy. Pamiętam uwagę jakiejś właścicielki małego sklepiku: „lekarz kazał mi chodzić na spacery dwie godziny dziennie. Ale kiedy wychodzę stąd jest już noc. Ani nie mam siły na to ani w tej dzielnicy nie byłoby to bezpieczne”.

No i sprawa nie stała jeszcze tak okropnie. Znam przypadki, gdy przejście 200 metrów wymaga gigantycznego wysiłku. Zawróciłem ze złej dróżki dostatecznie wcześnie.

Czego nie było? Wizyt u psychoanalityka czy homeopaty, zabiegów chirurgicznych, lipoaspiracji, magicznych ziół, magicznych pastylek, magicznych diet. Raz poszedłem do pani doktor, która specjalizuje się w wykrywaniu braków mikro mini bio chemicznych. Nakazała sprawdzenie laboratoryjne kilkunastu elementów znanych mi z tabeli Mendelejewa. Gdy usłyszałem ile mają kosztować te badania (dokonywane w USA) wyrzuciłem skierowanie do śmieci.

Dokumentacja procesu byłaby pełniejsza gdybym zamieścił moje zdjęcie w slipkach. Brak tu go z trzech przyczyn: bo go nie mam (jak chcę się oglądnąć, patrzę w lustro); bo to, co mam do pokazania lepiej mieści się w zdalnym kursie portugalskiego; bo to nie mój zawód uśmiechanie się brzuchem.


Ale muszę wrócić do spania we właściwym dla mnie wymiarze. Koniec z zarwanymi nocami. Jak zmniejszyć ilość dziennych projektów? Nie da się ciąć po obowiązkach, ale można po przyjemnościach. Jedną z nich jest mój cykl gawęd z Makutryny.

Czemu kończyć na setce? Nieco symbolizmu. Gdybym przerwał po bloku 61, ktoś spytałby czemu teraz, ktoś inny doszedłby do wniosku, że mi się znudziło. A stówa jest stówa, nie ma wątpliwości, że to pewna stówność.

Było to ciekawe, gdy było. Modelem długoletniego działania był mi (wspomniany tu parę razy) Alistair Cooke. Chociaż inna była skala talentów i chociaż Makutryna to nie BBC, oddźwięk na moje uwagi byłby odmienny gdyby Makutryna nie przywiędła. Miałbym się lepiej gdyby czytelnicy napotykali mój kurs docierając do tekstów tuzina sławnych Makusynów. Niestety, w tej reinkarnacji nie wyszło to. Tworząc grupę Czarnuch postawił na rozwój jednostek i materiały z Makutryny po części odzwierciedlają to. Nie ma zespołu (mafii, spółki, centralnego komitetu, niepotrzebne wypluć) działającego przez długie lata. Są imponujące osobowości.

(Przypominam sobie jak twardo egzaminowałem Ryśka Indyka na wstępnym. Gdybyśmy byli w Makusynach zgraną paczką, przepuściłbym go z uśmiechem, było jasne, że był świetnie przygotowany. Ale nam były w głowie zasady. Trzeba było dowieść rzetelności.)

Ważną rolę w cotygodniowym pisaniu (przez ostrzeżenie, powiedziałbym) odegrał przypadek autora, pokazujący jak nie warto pisać. Kupiłem jego książkę o naszym języku i nie żałuję, ale zdumiało mnie, że wybrał ów pojazd na dogrywkę przegranych już partii z byłą żoną, z którymś redaktorem, z jakimś krytykiem, z pewnym ekspedientem, z kimś tam … Spędzać resztkę czasu na tej Ziemi na chandryczeniu się? Dziwny projekt.

Oprócz okazji (i potrzeby) przemyślenia od nowa paru spraw miałem też inne korzyści z pisania. Dostałem parę miłych listów. Czasami niosły krytyki, lecz nadal były miłe. Odnowiło się parę cennych kontaktów. I był epizod, ktorego sensu nie potrafię przekazać w zdaniach, ale który nie wypadł mi z pamięci. Otóż Jacek Jarecki opowiadał, że w ostatnich szpitalnych miesiącach Andrzeja Hołysia (zbieranie z Gabem, Mietkiem i Bralkiem podpisów studenckich we Wrocławiu w 1968 ktoś jeszcze pamięta?) zaśmiewał się on z moich pierwszych bloków kursu. Cieszę się, że mogłem jeszcze mieć z nim ten krótki a jednostronny kontakt.

Gawędy na Makutrynie wymuszały realistyczną wycenę moich projektów czy możliwości. Notatka zapowiadająca rozwinięcie do formy eseju czy opowiadania rozwijała się w akapit i bez nawodnienia nie dawało się dodać ani jednej linijki. Mgliste pomysły nie spisywały się, bo spisanie ich wymagało przemyślenia wielu szczegółów, których nie rozumiałem. W sumie, sądzę, że miejsce było odpowiednie, publika była odpowiednia i jeśli coś tam było nie tak, to winny nie był Balcerowicz a autor tego cyklu.

Czy spotkamy się jeszcze kiedyś? Nie wiem. Może tak, bo wpadł mi do głowy (a niby do czego miał wpaść?) pomysł na tytuł następnego cyklu: Jeszcze setkę, panie starszy! A tytuł to spora część przedsięwzięcia.

A póki co to to. Zamówienia na prezenty dla wiernych czytelników (najlepiej: płytki CD czy ziarenka super-rzeżuchy, cokolwiek, co mało waży) proszę składać przed moim lotem do Kraju w końcu czerwca. Ważny jest czytelny podpis i data stempla mejlowego.

Muito obrigado

Abraço

Andrzej


<-<-   spis   | Makutryna | ja: tu lub tu