Gdy prasowe debaty na temat kłopotów z brazylijskim ruchem kołowym zapychały całą prasę i aż śmigało od propozycji modyfikowania kodeksów, kierowców, szos i urzędów, dziennikarze z Tribuna da Bahia wzięli niewidomego i upchnęli pewną ilość pieniędzy oraz jego papiery w oficjalnego pośrednika od papierków (despachante, to tu się nazywa. Rdzeń ten co po angielsku to dispatch). Wynik przewidywalny, nie? Niewidomy dostał prawo jazdy a oni reportaż na pierwszą stronę: W stanie Bahia nawet niewidomy jest kierowcą. Skandal, wywiady z dyrektorem Detran instytucji odpowiedzialnej za wydawanie prawa jazdy, pokrętne wyjaśnienia, że to zamieszanie w papierach, że jeden pan Silva pomieszał się z innym panem Silva, przecież to zrozumiałe w tak dużej instytucji i pitu-pitu i ciupu-ciupu.
Dziennikarze nie zrezygnowali. Poszli na cmentarz, ściągnęli dane dobrze i stanowczo zmarłego obywatela, posłali papierzyska i pieniądze do despachante, parę dni oczekiwania i już mogli łupnąć kolejny reportaż na pierwszą stronę: W stanie Bahia nawet martwy dostanie prawo jazdy.
Ten schemat reportażu odżył przed paru tygodniami. Moja żona sugeruje, że to konsekwencja tego parumiesięcznego strajku uniwersytetów federalnych. Minister od edukacji grał twardo, głupio i nieuczciwie i zapewne uzbierał sobie wiązkę niewidzialnych przyjaciół, którzy postanowili odwdzięczyć się mu i przyhamować jego prezydenckie ambicje (miałby się w to wdać w wyborach z przyszłego roku). Otóż zmniejszanie wydatków na uniwersytety federalne idzie w parze z epidemią zakładania uniwersytetów prywatnych. Brazylijczycy chcą studiować i płacą za to ile mogą i nie mogą i dyplomy rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Łatwo sobie wyobrazić ich smak. Ach, co ja gadam.
No więc dziennikarze z Rede Globo (gigant telewizyjny) wpisali na egzamin wstępny z prawa na dość znanym i olbrzymim uniwersytecie prywatnym z Rio de Janeiro miłego młodego człowieka, który jest piekarzem z zawodu i analfabetą z wykształcenia. Egzamin miał kilkadziesiąt pytań, każda z 5 odpowiedziami i trzeba było zaznaczać poprawną. Oprócz tego było wypracowanie na zadany temat. Chłopakowi przykazano zaznaczać do woli opcje A i B oraz oddać czystą kartkę z wypracowaniem. Wynik? Został przyjęty jako dziewiąty kandydat na dwadzieścia miejsc.
Rzecz została pokazana na TV w poprzednią niedzielę. Skandal, burza komentarzy, wywiad z ministrem Paulo Renato, który minimizuje znaczenie faktu i sugeruje, że gość miał szczęście przy zakreślaniu. Rachunki jakiegoś statystyka wykazujące, że przy owych danych takie szczęście zdarza się mniej więcej raz na milion ministrowi nie przeszkadzają, siedzi sobie w fotelu i broni się dzielnie.
Więc dziennikarze powtórzyli eksperyment. Tym razem wybrali dwóch analfabetów chłopaka i dziewczynę i wpisali ich na egzamin wstępny do jeszcze sławniejszej uczelni prywatnej w Rio, tym razem na kurs literatury. Wybór umotywowany był brakiem jakiegokolwiek wypracowania, jedynie zakreślanie opcji. No i co mi przed chwilą pokazała Rede Globo? Zwycięstwo! Oboje zdali!
Ach, mogę z zamkniętymi oczami czytać te wszystkie reportaże, co omówią to we wszystkich gazetach i pismach w następnym tygodniu.