Andrzej Solecki
Tym mnie przekonał. A w dodatku nie miałem w domu nic na śniadanie, a w mojej mleczarni zawsze rankami już nie ma albo jeszcze nie ma mleka. Bez dalszych ceregieli poszedłem na tapczan do jadalni.
W obcych miejscach często mam dziwaczne sny. Tym razem najpierw przyśniło mi się, że graliśmy w brydża pomarańczami, a potem, że jakiś kapral ryczał na poligonie: no, dzieci, szukamy szybciutko Królewny Wiochny. Ryczał jednak tak głośno, że się obudziłem. Otworzyłem oczy i usłyszałem zza okna: Gdzie się skryła Królewna Wiochna?! Kto pierwszy ją znajdzie?!
Więc to nie był sen. Ale jako jawa było to jeszcze dziwniejsze, skoczyłem więc do okna. Po drugiej stronie ulicy z dwudziestu maluchów przywierało do drucianej siatki i wpatrywało się w grudki zamarzniętej ziemi na ogrodzie. Stojąca za nimi bardzo duża pani przedszkolanka zakomenderowała basem: Nie ma! Idziemy dalej! Dzieci, bierzemy się za rączki i maszerujemy! W głosie jej była nienawiść do Królewnej Wiochny, że się schowała i do maluchów, że nie maszerują krokiem defiladowym.
Przyjaciel wsunął nos do jadalni.
Wstałeś na śniadanie? To fajnie, bo to już prawie południe.
Zbyłem milczeniem ten przytyk i spytałem:
Słyszałeś?
Głuchy by słyszał roześmiał się.
Od dawna oni tak szukają Królewny Wiochny?
Od ostatniej reformy programu przedszkolnego. Tak z pięć lat temu. Przysłali Królewnę Wiochnę w programie i siedzi tam.
Przyjrzałem mu się z niedowierzaniem. Nigdy nie słyszałem o jego znajomości systemu szkolnictwa i przedszkolnictwa.
Skąd ty wiesz o tym?
Nie wiem. Przed chwilą wymyśliłem tę teorię. Czego się gapisz? To mój sposób na dopisywanie sensu do bezsensu. Myślisz, że ja nie chcę znaleźć mojej Królewny Wiochny?
Machnąłem zrezygnowany ręką i zająłem się poszukiwaniem jedzenia. Chwilowo było to ważniejsze niż królewny i księżniczki.