Wspinaczka

czyli

budująca opowieść o drodze do profesury

Pierwszy raz uciekłem ze szkoły (i z domu) w piątej klasie. Złapali mnie tego samego dnia, realizacja techniczna ucieczki nie była zbyt dobra. Wróciłem do szkoły i musiałem wytrzymać ją przez dalsze trzy lata.

Potem chromoląc szkołę średnią wpisałem się do zawodówki, gdzie szedł mój przyjaciel. Poinformowałem rodzinę: już się zapisałem do następnej szkoły. Któregoś dnia rodzic zainteresował się: a co to za szkoła? Po poznaniu szczegółów natychmiast i bezpardonowo mnie stamtąd wypisał i dość nielegalnie, na zasadzie opicia sprawy z dyrektorem szkoły, wpisał do tradycyjnego ogólniaka w Szczecinie.

Zemściłem się 120 dniami nieobecności i 8 dwójkami na końcowym świadectwie. Dni spędzałem czytając, głównie koszmarne bzdury, w rytmie książka dziennie. Dzięki temu do dziś udaję oczytanego.

Ze średniej w Zielonej Górze (powtarzana 8-a klasa) wywalili mnie i gdyby nie stworzona wówczas „świecka” szkoła dla partyjnych latorośli i odpadków z innych szkół to by tu moje formalne nauki skończyły się. Wytrzymałem tam prawie dwa lata i po zapienieniu dyrektora szkoły opuściłem to miłe środowisko, by pracować w drukarni. Tak, trzy razy w życiu udało mi się wykazać, że „piana na ustach” to nie przenośnia literacka.

W drukarni przy pierwszej pensji zobaczyłem, że zamierzali mi płacić 1/3 dorosłej płacy, o czym nie było mowy przy zatrudnianiu mnie. Przeprosiłem się ze szkołą i obiecałem dobre zachowanie. Po roku dyrektor znowu wyraził swoje nieukontentowanie moim stylem bycia i tym razem nie zapienił się ale prawie że dostał ataku serca. Miał pecha pytając mnie czy pamiętałem moją obietnicę, że miałem się dobrze zachowywać. Spokojnie i zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że doskonale pamiętałem, ale obietnica miała ważność na jeden szkolny rok, a w owym momencie nie byłem już w dziesiątej ale w jedenastej klasie.

Z powodu tego nadmiaru szczerości – i z powodu paru innych detali – byłem wyznaczony na publiczne ścięcie na maturze. Było by to całkiem słuszne, zacząłem rozróżniać tangensa od sinusa w 6 miesięcy po maturze, nie czytałem Oparina, Nad Niemnem ani Chłopów – zajmowałem się czytaniem w oryginale prozy amerykańskiej i rosyjskiej, szachami i kulturystyką, ale uratowały mnie grypa i Wiesiek Chudoń. Dziś pisze się Hudon. Być może Viése Hudon, nie jestem pewien tego. Ale wybaczam mu to, bo mi kiedyś zrobił fajne zdjęcie. Więc z Chudoniem i grypą było to tak: przyjechał do Zielonej Góry Wielki Warszawski Dziennikarz i robił wywiady z całą klasą. Znaczy się grupowy portret pokolenia. Przy okazji popieprzyły mu się dane i wystawił niesłychanie negatywną cenzurkę jednej z najsensowniejszych nauczycielek, które miałem w życiu. Oczywiście, wykończył od niechcenia jej karierę. I zbierał te dane i robił swe wywiady a ze mną nie zrobił, bo miałem grypę. No i Wiesiek palnął mu, że potrzebuje tego papierka czyli matury bo ma zamiar iść do Łodzi na reżyserkę i bez matury to się nie da. No to ciało pedagogiczne zabulgotało. Dwóch spośród najbardziej znanych uczniów nie wypadało wyrżnąć, trzeba było wybrać ulubionego cielaka. Wybronili mnie nauczyciele angielskiego, rosyjskiego i historii.

(Gadanie Wieśka nie było mrzonką, już w szkole był znanym i nagradzanym fotografem.)

Po szkole pracowałem przez rok jako portier w hotelu, bo obiecywali mi płacić dodatek za angielski – no i praca była 24/48. Poszedłem na studia żeby nie iść do wojska. Nie poszedłem natychmiast po szkole, bo wahałem się czy ma to być orientalistyka, anglistyka czy Wyższa Szkoła Budowy Okrętów. Zdałem sobie sprawę z bzdurności tego trójkąta i postanowiłem odczekać nieco. W końcu wybrałem matematykę, bo jedyny kierunek z mniejszą ilością godzin to była filozofia (… no tak, były i inne powody, ale to przy jakimś innym rozgadaniu się) – ale przeczytałem Manifest Komunistyczny i I tom Kapitału 3 lata wcześniej i w owym czasie miałem już tak praktykę jak i teorię Wielkiego Systemu w głębokiej pogardzie. Oczywiście wówczas „filozofia” oznaczało „jedyna słuszna filozofia”.

Na początku 5-tego roku miałem stypendium naukowe ale nie myślałem o zostawaniu na uczelni. Przyznam, że ta niespójność nie świadczyła dobrze o moim dopasowaniu do społeczeństwa. Pewnego dnia – gdzieś tak 20 listopada – promotor mnie spytał jak mi stoi praca, bo jeśli mogę ją wykończyć w ciągu tygodnia to ustalą mi obronę na 29 listopada i od 1-go grudnia zatrudnią mnie jako asystenta, bo mają etat do zapełnienia i jak będzie wolny do stycznia to go stracą. No i dla ratowania etatu instytutowego zostałem naukowcem.

Nie, to nie koniec. Chciałem zmyć się z Wielkiego Systemu. No, w naszym środowisku najmniejsze kłopoty z wyjazdem były po doktoracie. No to go zrobiłem i wyjechałem. Tia… było tam po drodze nieco przepraw. Kiedyś opisałem je dla „Kultury” w sprawozdaniu o „czerwcowych warchołach”. Niemniej jednak w końcu wyjechałem.

Francuskie służby społeczne zajmujące się uchodźcami politycznymi próbowały uchronić mnie od zamknięcia się w tej wieży z kości słoniowej wpisując mi do papierków jako zawód gardien de la nuit – strażnik nocny – ale wtedy miałem już publikacje, kontakty, uprzednią wizytę w IHES z Bures-sur-Yvette, więc ciąg dalszy dość naturalnie wkleił się w uniwersytety…

Więcej poważnych grzechów nie pamiętam. Żadnego z nich tak szczególnie nie żałuję, bardzo to było (i jest) zajmujące i wygodne i ciekawe i nawet nie tak źle odpłatne. Po wyjeździe z Kraju, rzecz jasna. Najzabawniejsze jest to, że zawsze utrzymywałem – i mam ją do dzisiaj – sporą dozę pogardy dla sformalizowanego systemu nauczania, szufladkowania dyscyplin, stopni i pozycji naukowych, stetryczałych technik pedagogicznych… Z drugiej strony przyznaję, że to jedno z najciekawszych, najuczciwszych i najbystrzejszych środowisk, które wytworzyło się w naszej cywilizacji. Więc można domyślić się jak ciepło myślę o jej reszcie…